ich usta otworzą się, zamkną, lecz nie uchodzi krzyk.

Nie wiedzą, czy to się zaczął ciężki jak kamień dzień,

czy to jak sznur szary dusząc wloką się jeszcze sny,

w których wydarto im dzieci, a może po prostu wzrok,

bo już nie widzą i ślepe powietrze trzepotem tną

jak ptaki, aż wreszcie spadają, dymy i szum je oddala.

Powietrze porusza skrzydłem, napędza ciemności jak fala,

a z niej dziewczyna wyrasta pianą, szumi i świeci,

nabrzmiewa kształtem, szeleści, ręce jak gałąź kwitnącą

wyrzuca, jak woda opada, wiruje w liści zamieci,