jak łuski wielkiej ryby, która nocą drąży.

Jan stał pośrodku, cichy jak wielki chorąży,

który sztandar przedśmiertny ogromnych niebiosów

unosi. Jego głowa i płonące włosy,

w których gwiazdy spalały ostatni swój płomień,

stały w sklepieniu nocy, w milczenia ogromie.

Tacy byli żołnierze, którzy bez mundurów,

w cywilnych czapkach, z bronią zza pasa wydartą

stali u serca ziemi jak burzliwe chmury

przeciw wierze bezsilnej i miłości martwej.