— Natarcie poprzedzi artyleria angielska z gór za nami, z krążowników na fiordzie. Zobaczycie dopiero, jak takie coś wygląda...
Znowu urwał. W Coëtquidan, we Francji, jego wykładowca z podchorążówki powiadał słusznie, by nie mówić żołnierzowi ani za wiele, ani za mało. Czeczel wiedział, że wedle ocen polskich objaśnia raczej za wiele. Uważał jednak, że ci robotnicy z Francji muszą wiedzieć więcej, że ta zapowiedź wiszącej w powietrzu ofensywy, w tych rozmiarach, ze wsparciem artyleryjskim, podniesie ducha owej nocy chłodnej.
— Teraz — podjął — co my robimy?
Sześcioro oczu znieruchomiało w jednakowym spojrzeniu, jak przedtem ścięły się twarze...
— My nie pójdziemy do natarcia. Nasze zadanie jest zostać tu, tu — powtórzył znacząc ręką, aż obejrzeli się na pozycje za nimi — i tu trzymać. Trzymamy to ogniem cekaemu podchorążego Steckiego z tamtej górki. Trzyma to erkaem Michałka, który tłuc będzie i tam, i tu. Trzyma granatnik kaprala Grudy, który obrzuci tamte drzewa — O! Że niech! Trzymamy to — my. Wy...
— Jest nas mało. Jesteśmy tu po raz pierwszy.
— Dlatego trzeba dwa razy tak wypatrywać oczy, co zawsze. Dlatego spać będzie tylko trzech. Wy trzej pójdziecie teraz pod tamtą kolibkę168. Was się potem zwolni.
Kolibkę tworzył załom skalny, przesłonięty z jednej strony wielkimi gałęziami sośniny, widocznie zrąbanymi gdzieś dalej i przyniesionymi tutaj przez ów zluzowany pluton. Trzech wyznaczonych do służby rozmieścił w prawo od erkaemu, ku stanowiskom reszty plutonu. Najdalszy był o 40 m. Kiedy wszyscy pokładli się na owym załamaniu terenu, było to tak, jakby uchwyciły je podłużne, brunatnoszare szpony niewidzialnego ptaka. Ustało ostatnie chodzenie po mchu, nieuniknione trzaskanie gałęzi, przytłumiony odgłos saperskiej łopatki Michałka, wkopującej się w jałowiec i coraz to zgrzytającej o skałę. Znieruchomienie zlewało leżące kształty ludzkie z ziemią, krzakami i kamieniem. Milczenie zlewało je w owej chwili ze światem.
Andrzej, przysiadły w niewielkim wgłębieniu tuż pod niskimi chojniakami, uzmysławiał sobie, że cisza, która tu nastaje, jest ciszą tak niespotykaną, tak idealną, jakiej nie zna się w innych krajach, a pewno i nigdzie indziej. Chyba tam, na zupełnej już północy, gdzie zaległy wielkie rozwaliska lodowe, rozłogi dziewiczych śniegów, pobojowiska kier, paruje ku słońcu cisza tak chemicznie czysta, tak wydestylowana ze szmerów. „Biedny Kettler — pomyślał — on, co lubił odnajdywać w nocy głosy dzikich kaczek i przybłąkanych głuszców, co by tu teraz robił?”. Zastygło, istotnie, wszystko. Jedynym ruchem widocznym była rozrzedzona, bielista mgła, napływająca z wolna bladymi obłokami, jakie nieraz przejeżdżały między nimi a kotą 405, tamtym tarasem i górą wielką w prawo, a potem, jakby się ośmieliły i zaczęły podchodzić w ową stróżowaną kotlinkę poniżej, przystawać przy jakiejś sosence niepokojąco samotnej, co gorsza, obsuwać się watowatą cieczą wokoło owych brzezin kryjących sągi drzewne, widoczne przez szkła i ukryte przed najlepszymi szkłami, niespodzianki wojenne. Ale mgła także była bezszelestna, a wiatr, jaki ją musiał pędzić, był za słaby do poruszenia najsłabszej nawet gałązki. Las, który opełzał ich wokoło jak wielki, ciemny wąż, był lasem martwym. Nie gadał tak, jak gada las europejski, las polski, w maju zwłaszcza, nie odzywał się nawoływaniami zwierząt, tajemniczymi stąpaniami, łamaniem suchym chrustu, puszystym szelestem odginanych liściastych gałęzi. Nic. Zupełnie, zupełnie nic. Od gór, które tam dalej o parę kilometrów wypiętrzały się szarością granitu i białością lodowców, jak szperacze czy małe patrole wysłane w świat przez biały krąg biegunowy, szedł jakby nie tylko chłód wilgotny, ale i niemość. „To może lepiej — powiadał sam do siebie Czeczel — w takim lesie, jak ten, wszystko się słyszy, nie pomyli się słuch, nie wpadnie na błędny trop. Gdyby ktokolwiek podchodził, słychać go będzie właśnie, bo jest tak okropnie cicho”. Powstał, porozumiał się z Michałkiem, obszedł strzelców, zajrzał do koliby. Zasiadając z powrotem miał wrażenie, że cichość tego lasu wywiera aż i ciśnienie psychiczne, ciśnienie podobne temu, jakie wywiera gęstość płynu czy powietrza w świecie fizyki. Nie, nie miałby siły zawołać tutaj głośno.
Wszystko zresztą z powrotem zastygało od razu, jak wygładza się woda kamieniem rzuconym rozdarta, jak zasklepia się klej i zasycha gaszone wapno. Tylko mgła na szczęście nie gęstniała wcale. Chodziła tędy i owędy przejrzystymi jak dym faliznami, ni to obłoki niskie, ni to opar błotny. Niepokojące, zastanawiające sągi odsłoniły się raz jeszcze; nie, nic. Właśnie w to upewniające „nic” wdarł się naraz suchy, urwany, jakby chwycony w okamgnieniu za gardło, trzask cekaemu. To Stecki puścił serię. Gdzie?