To także była prawda. Porucznik pobiegł dalej wzrokiem, obsuwając się raz jeszcze po śniegu, po lodowcach niedalekiej pozycji, po kosodrzewinie, brzeźniakach, kocie 405. Rozpoznał i zidentyfikował na mapie niemiecki bastion na wprost koty 295. Na nią właśnie spływał, ją ogarniał swym płaszczem ów las daleki, wydostający się na szczyt, popod łysiny skalne, z dolin, jarów norweskich, nadbrzeży fiordów. Ostroróg przepłynął, jakby szybowcem, ponad wczepiony w skłon terenu oddzialik Andrzeja, ogniwko małe, szczegół zagubiony tych całych spięć. Spłynął wzrokiem, wciąż jak szybowcem, bezszmerowo, za Narwik i za morze. Tam od drugiej strony od trzech dni wgryzała się powoli Legia Cudzoziemska. W owym lesie na półwyspie narwickim wylądowała i ruszyć dalej nie mogła. Wzięta była w ogień niemiecki z trzech zorganizowanych stron.
Z żadnej, z żadnej pozycji nie obejmowało się wszystkiego tak, jakby to była wielka mapa plastyczna, wszystko odtwarzająca. Żołnierze, którzy byli na stanowisku, nie potrzebowali tu komentarzy niczyich. Rozumieli, jak słaby uchwyt ma ów desant Legii Cudzoziemskiej, zahaczony o sam Narwik. Odmierzyli bez podziałki i mapy ich pozycje niemieckie, chroniące stąd Narwik, cały ten garb, na którym i ci, i tamci górują nad tym miastem, po drugiej stronie fiordowej odnogi. Odliczyli sobie i odległość, jaka dzieli owe pozycje od miasta, portu oraz wąskiej, białawej drogi, pomykającej stamtąd ku Szwecji. Jeśli tam staną na tych pozycjach, teraz niemieckich jeszcze, będą mieli to wszystko pod splunięciem karabinu maszynowego. Nie już cekaemu, ale karabinu maszynowego zwykłej drużyny. Cały ten Narwik, morzem oblany, będzie wtedy pod ich ogniem, do obrony żadnej niezdatny...
Żołnierze patrzą na tamte pozycje. Jest zimno. Trzeba ręce zabijać, bo grabieją. Kto nie posmarował sobie twarzy, nieogolonej od wielu dni twarzy, tłuszczem jakim, temu czerwienieje odmrożeniami. Czekać, czekać, czekać. Natarcie. Narwik. Natarcie. Narwik.
Na szarej wodzie fiordu, naprzeciw samego Narwiku, spoczęły nieruchomo trzy szare podłużne kształty. Stąd są prawie niewidoczne. Nawet porucznik nie dostrzegał ich niemal.
Także czekają.
*
Czeka także ze swoją drużyną Mietek Płużański. W lesie obok, w lesie, który ich także osłania, siedzi cała kompania, wypoczęta, napojona, gotowa. Tylko podsunąć się tych sto metrów na skraj zbocza, tam, gdzie się ono przełamuje na tamtą niemiecką stronę. Pogotowie pełne natężenia. Najedzeni, opici. Gwarno. Rozmowy się rwą.
— Po coś tyle jadł, żeby Niemcy mieli co wypatroszyć?
*
— Po równym pójdą czołgi francuskie...