Byli z 3. batalionu. Od forsownego marszu z samej szwedzkiej granicy, skąd szli wielkim zakosem, góry nie góry, lodowce nie lodowce, nie spali jeszcze. Niemcy siedzieli o przeszło 400 m za tamtym załomem czworograniastym, nieomal geometrycznym, daleko, a na szarości nieokrytych tu już trawą głazów, białości nawianego firnu i lodowcowych skamielin znać było wszystko najwyraźniej. Toteż czuwało tylko paru. Reszta spała snem pomęczonym i utrudzonym. Porucznik, wbrew wszelkim zasadom polskiego regulaminu, pozwolił nawet zdjąć niezdejmowane od nie wiedzieć kiedy buty. Nogi, natarte śniegiem i owinięte ciepło, rozprostowywały nareszcie swe żałosne obtarcia, wycieki poranin, swędzącą sparzoność skóry. Spały jakby snem własnym, od snu ludzi niezależnym, jak kąpiel krzepiącym. Porucznik za to nie spał i czuwał sam, w pierwszej linii. Patrzał na Niemców na wprost, pochowanych za śnieg jak krety.

— Oni tam podobno mają całą linię Maginot170 ze śniegu. Do swoich tyłów mają nawet przebity ze śniegu korytarz. Na człowieka wysoki.

— Skąd pan wie?

— Mówił o tym ten Francuz, pułkownik Mally.

— Trzeba będzie o tym pamiętać.

Ręce grabiały w lodowatości powietrza, kłującej igiełkami mrozu, zimowego tu naprawdę, górskiego. Porucznik Ostroróg przywodził sobie w pamięci dawne krakowskie wycieczki, lutowe i marcowe, do Zakopanego, na halę Pyszną171, nad Czarny Staw172, do „Murowańca”173. To wszystko, co rozpościerało się tutaj, nazywał nawet Skupniowym Upłazem174, bo istotnie tworzyło to taki wielki, jeszcze bardziej rozsiadły, Skupniów Upłaz. Należeli do najbardziej prawych pozycji tej strony frontu, a że całe wzgórza nad Ankenes podnosiły się coraz wyżej, im bliżej Szwecji — należeli więc i do najbardziej wysokogórskich. „Czy myślałem za cywilnych czasów, że będę prowadził walkę wysokogórską w Norwegii? — przypomniał sobie Ostroróg swoje niewinne narciarstwo. — Ale przynajmniej widzi się stąd wszystko”.

Istotnie, nie była to taka pozycja jak ta, na której Andrzej rozstawiał swych ludzi, a Stecki brał ich pod osłonę cekaemu. Widać stąd było nie odcinek niewielki, ale cały teatr boju. Przede wszystkim góra sama, ów garb ogromny sięgający do fiordów, opadała stąd ukazując pozycje, zarówno niemieckie jak polskie, które sobie ten garb równolegle rozdzieliły. Widać było bliskie pozycje wokoło „fasolki”, nienazwanego, na mapie nieokreślonego wysokością, wzniesienia, gdzie tkwiły najbardziej kąśliwe gniazda niemieckiej broni maszynowej. Widać było na wprost nich osaczające już półkolisko, dwa plutony kompanii kapitana Dańca, Lewickiego i Tracza, przysunięte prawie do niemieckich tak, że wyjrzenie, wyprostowanie się, niekiedy przykucnięcie, ściągało strzały. Widać było, bezbronny z tej strony, ale na strzały za daleki, taras, potem owo płaskowzgórze, w które daremno wgryzał się swego czasu inny pluton Dańca, wreszcie zalesioną na dobre górę. Niska, nieckowata kotlinka, dobrze innym znana, jaśniała stąd jak niewielka plamka, wtulona w las. Las stąd czerniejący, jakby nasadzony niemal sztucznie na owe góry, przesłaniał jakieś falistości, zbocza czy stoki. Sterczał sam już nad wielkim rozlewiskiem głównego narwickiego fiordu. Czarna woda wlewała się pomiędzy niego a niewielki wydłużony półwysep, który wybiegał w morze swoją częścią najbardziej spłaszczoną, jakby ugiętą ciężkimi ciosami młota. Czarny las świerkowy, gęsty zapewne, czerniał na owej patelni podkreślając tym bardziej białość domów, które jak małe kryształki, jak jakiś gród krasnoludzi, wytryskały naraz w tym dziwnym, nieswoim, świecie.

— Przez moją lornetkę widać jakieś wieże. Może ratusz? Może kościół? Widać na nich sztandar. Zupełnie wyraźnie: swastyka. Chce pan obejrzeć?

— Warto: jutro jej nie będzie.

— Do jutra może kto z nas nie patrzyć na Narwik...