„Jestem już stary, stary” — myśli.

Znowu myśl odrywa się od tych mchów i lasu, od fiordu, co w dole między drzewami przebłyska stalowo, od rozmów przygłuszonych, żołnierskich. Jak ptak zatacza naraz wielkie, spokojne koło nad owym życiem zaprzeszłym, gdzieś między Bukowiną, wielką góralską wsią matki, a Lwowem ojcowskim, miastem lat młodych, miastem pierwszych wagarów, miastem jego pracy. Kościół barokowy Bernardynów ze św. Jackiem, patronem miasta, który zbiegł na gipsowej chmurze, opartej o kapitel177 kolumny, kląkł i ku niebu rozkrzyżował zakonnicze ręce; młode akacje Wysokiego Zamku178 i rozgwarzona ludźmi Akademicka179, i ulice pnące się wzdłuż ogrodów Cytadeli180, i rozkopany Park Stryjski181... Obraz po obrazie zakołysowuje się, zatrzymuje, rozprasza. Pachnie mu naraz Łyczakowska182 i kramy za Operą183, jak roztasowane niespodzianie w dziwacznych zestawieniach karty u brudnej kabalarki184. I naraz żal, jaki nigdy nie bywa udziałem grafomanów i pacykarzy, jaki czują za to najwięksi artyści: „Nie dałem z siebie nic wiecznotrwałego, nic, co by było naprawdę warte, nic, co by mogło przetrwać. Przepływały przez człowieka fale dziwne, a nie znalazł anteny, która by je umiała złapać, uwięzić utrwaleniem, przetłumaczyć na ludzkie sławo, na ton dźwiękowy, na barwę i odcień”. Wielkie dłonie Płużańskiego, chłopskie w swej sile, rzeźbiarskie w plastyce swego układu, są wpółotwarte, wpółzgięte. Jakby oto poprzez te ręce, zwieszone tak bezradnie, bezsilne już teraz, przeciekła doszczętnie wielka możliwość życia.

*

— O, patrzcie, Gromnica się modli!

*

Płużański ocknął się jakby. Gromnica to ładowniczy z drugiej drużyny, starszawy już, religijny. Dlatego przezywają go „Gromnica”. Półmistyk. Sekciarz. Przyjechał tu z Ameryki. Pierwszy amerykański ochotnik. Lubią go, cenią, ale czasem żartują z niego. Tym razem żart i śmiech nerwowy nie biorą.

— Co tam za wice185 robicie — strofuje łagodnie Płużański.

I patrzy na owego Gromnicę, któremu wargi zaciśnięte, zwiędłe poruszają się w rytmie żarliwych szeptań. Może by on także? Nie; swój rachunek sumienia odbył już, jeśli trzeba tego było, przed chwilą. Teraz już wszystko skończone. Jest mu lżej przez ten akt żalu za życiem, któremu nie umiał czy nie mógł dać tego, co chciał, wyrazu, przez ten akt skruchy z tego, że nie zdołał był sztuką swoją wypowiedzieć siebie do końca. Coś jakby opadło mu z ramion, jakieś lata trudne osunęły się z pleców na ten mech. Płużański nie jest wierzący, ale jest religijny. Pulsuje w nim wieczna, odruchowa religijność chłopów wszystkich krajów i wszystkich czasów, religijność ludzi, których życie upływa z ziemią i przy ziemi, w rytmie kolejnych wiosen, lat, zim i jesieni, z wiekami niezmiennej zależności od sił przyrody, łaskawych i złych. Jest to religijność góralskich przodków, obcujących z majestatem skał, grozą urwisk i lawin, pięknem hal wydźwigniętych nad światy nizinne, i obcowania z rozgwieżdżonym niebem w długie pasterskie noce. I ciepła, zachowana na dnie wspomnień najgłębszych, religijność umarłej matki.

„Może naprawdę co będzie, jeśli myślę o matce” — i przeszedł dreszcz ostrzegawczy.

Przeszedł, ale i rozpełzł się zaraz w jakimś niezwykłym spokoju myśli. Czy miał już kiedy taki spokój? Miewał. To było w latach najwcześniejszych religijnych wzlotów, przechodzących w ekstazy. To było w chwilach młodości. Najpierwszych i najrzadszych. To było najczęściej, gdy malował. Kiedy czuł, że mu szło. Ale oto, w tej godzinie skupienia, uświadomił sobie to jeszcze, że jeśli takiego uczucia już zaznał kiedy, to nigdy w tym stopniu, w tej pełni. Było tak, jakby wyszedł poza siebie i spoza siebie już tylko patrzał na takiego Mieczysława Płużańskiego, który oto siedzi we mchu leśnego zbocza i czeka.