Ludzie, którzy z tych domów powychodzili na drogę, rozmawiają z żołnierzami patrolu. Dziewczyna w czerwonym swetrze pokazuje ręką na wschód, ku tamtym domom za laskiem, skąd jeszcze czasem odezwie się krótki strzał pojedynczy albo zaterkocze urwanie seria erkaemu. Kilometr, może dwa. Z chaty ku drodze wychodzi chłop z błyszczącą matowo blaszanką: właśnie leje z niej mleko do kubków żołnierskich, gdy na czele drużyny nadchodzi Andrzej z Michałkiem. Dziewczyna uśmiecha się i mówi coś po norwesku; Andrzej zatrzymuje się i patrzy, jak kolejno pije drużyna, jak mleko plami sukno mundurów, jak dziewczyna uśmiecha się śmiało, naturalnie, prosto.

Marsz, marsz. Tamto przed nimi to już Bejsfiord, bombardowany tej nocy przez krążowniki44 angielskie; widać molo drewniane rybackiego portu, opadające w połowie do wody zwęglonymi belkami. Idą wsią, po obu stronach rozmokłej drogi. W górach jeszcze śnieg trzyma, ale tu jest już odwilż, przedwiośnie. „Przedwiośnie...” — powtarza sobie Andrzej i naraz znowu wstają w pamięci jakieś dalekie wspomnienia, dziwne skojarzenia z przeszłości. Jakiś tłum w pochodzie przez wielkie aleje miasta, jakiś kordon wojska zamykający drogę, za kordonem krata żelazna i biały kolumnowy pałac... Gdzie to było? Kiedy? Przedwiośnie?...

— Koguty pieją — zauważa Michałek.

— O, gnój po polu rozrzuca — powiada Kukurutz.

Aż przystanęli, zapatrzyli się. Istotnie, płowowłosy Norweg roztrząsa na polu kupy nawozu.

— Co stoicie? Gnoju nie widzieli? — przynagla kapral.

Odchodzą wolniej, miększym krokiem. Woda w kałużach chlupie. Coś rozmarzyło drużynę.

— Widłami rozrzucał — powiada jeden — jak u nas...

— Jak u nas — powtarza Kettler.

II