— O, miasto.

— Gdzie, gdzie?

— Tam: za morzem.

— Narwik!

— To Narwik?

— Narwik, Narwik.

„Stecki pewno w tej chwili myśli sobie: »Tak samo Grecy Ksenofonta39 wołali thalatta, thalatta40, gdy z gór anatolijskich ujrzeli Morze Czarne« — mówi do siebie Andrzej. — Płużański, którego batalion musiał tu być wcześniej, pewno wpatruje się w siny błękit tego fiordu, jak ciemnieje w miarę blasku dnia, jak wypławia się w godziny zmierzchu. Tak to widzi wojnę historyk, tak malarz...”.

Marsz z góry, w słońcu, na oczach tego Narwiku, który wygląda jak gród Graala41 zza morza, osłonięty kępami choin, wrysowujący się biało w tło górskie, staje się żwawszy, szybszy. Schodzą w dolinę: most potrzaskany nad wodospadem trzeba obejść dołem, po kamieniach szumiących wodą. Na drodze porzucony samochód ze znakami armii niemieckiej. Ciężki niemiecki hełm. I odpięte, rzucone na drogę, kilkanaście par nart: to te patrole norweskie, które przybiegły tu pierwsze, rzuciły sprzęt bezużyteczny w dolinie, gdzie śnieg już taje wielkimi łatami, w modre kałuże rozmaka.

W dolinę spływają drogi, dróżki, dwie szosy. Porucznik patrzy przez szkła polowe, ale i tak doskonale widać. Z gór, tych samych, z których ścieka właśnie kompania Andrzeja, schodzą takie same wydłużone węże innych pochodów: widać odstępy utrzymane między drużynami w marszu. Dolina spłaszcza się pod nimi w podługowatą nieckę: drugi skraj tej zanurzył się w morzu zatoki. U brzegów porozrzucane domki norweskie, takie same jak w Soervik42, na Hinnoy. Drewniane, malowane barwnie, niezwykle barwnie, tak, jakby chciały wnieść coś żywego w ten krajobraz biały od śniegów, szary od granitów górskich, stalowy od morza. Domki żółte, czerwone, domki zielone, kremowobiałe: śmieszne, krasnoludkowe domki. Szary dym się wlecze od osiedla. Gdy dobiegają do skrzyżowania dróg, dopala się właśnie sczerniałymi głowniami w śniegu dom, którego nie ratuje nikt.

Kompania rozrzuca się w plutony, rozwija w drużyny szeroką tyralierą po obu stronach drogi. Na polach śnieg jeszcze leży tając albo nogi brną w torfowej, krótkiej trawie. „Tundra” — myśli Andrzej. I naraz drużyna, jaka w pochodzie ogólnym, idąc tuż za nim, oddzieliła się od jego myśli, na powrót w nie wrasta. Andrzej rozpołowia ją jeszcze na dwie wyraźne, oddzielne grupy. Posuwa je szybkim, krótkim krokiem: marsz, marsz. Michałek, celowniczy, trzyma teraz swój karabin maszynowy oburącz przed sobą, ładownik założony, widełki nóg opuszczone na dół. Ale po wsi przed nimi, małej rybackiej wiosce, widać już patrole khaki43.