— Chciałem wiedzieć, skąd oni strzelają — odpowiedział nie ruszając się Wolski.

Andrzej pomyślał, że podchorąży ani drgnął, ani się ruszył, i mimowiednie54 pozazdrościł mu opanowania. Wbrew temu, co sam mówił, podczołgał się wyżej i uniósł na łokciach. Było piękne, słoneczne popołudnie, niebo ogromnie jasne, prawie wiosenne powietrze.

— Miał pan rację: istotnie widać stąd wszystko, nawet Narwik.

— Tylko ich nie widać.

— To także się zobaczy. Parę drobnych patroli w sile jeden do dwóch, jeden do trzech, tej nocy, następnej nocy. Trochę takich pojedynczych strzałów jak tamte dwa przed chwilą...

Wolski się jakby zawahał:

— Szkoda, że nie pomyślałem, żeby przez pana wypytać tych Anglików, nim odeszli. Siedzieli tu tyle czasu, musieli wiedzieć...

„Co za poprawność — pomyślał Czeczel nie odwracając głowy — nie powie: »Czemu pan nie zapytał tych Anglików?«”. Poczuł nagle sympatię do tamtego, tym większą, że mógł odpowiedzieć szczerze:

— Kiedy ja nie umiem po angielsku.

— Jakże to? Tyle pan się napodróżował.