Andrzej lubił, gdy mówiono w ten sposób o jego obieżyświactwie, a poza tym wydało mu się, że był pewien podziw młodszego dla starszego w tym powiedzeniu. Odparł więc:
— Widzi pan, każdy sobie życie obiera. Pan wybrał wojsko; ja co prawda jestem w wojsku, ale wybrałem przedtem co innego. Zresztą teraz role się pozmieniały: ja wprawdzie podróżuję, ale jestem w wojsku jak pan, pan jest w wojsku, a podróżuje jak dawniej ja. I już umie pan po norwesku...
— Bardzo mało...
— Na dziesięć dni, to wcale nie tak mało. Wojna potrwa, my pojeździmy po świecie. Wróciwszy do Polski, będzie pan władał językiem francuskim, angielskim, norweskim, lapońskim...
— Jakoś sobie tego nie wyobrażam...
Wolski powiedział te słowa tak niepewnie i dziwnie, że Andrzej odwrócił się ku niemu. Ale zastępca dowódcy plutonu patrzył teraz, jak przedtem Andrzej, przed siebie, ku ukrytym w górskich zaroślach pozycjom niemieckim. Andrzeja uderzyła tylko, jak już dwukrotnie przedtem, młodocianość jego twarzy.
— Czego pan sobie nie wyobraża?
— Ja? Niczego.
— Jak to niczego? Nigdy sobie pan nie wyobrażał przyszłości?
— Owszem. Dawniej — tak.