Tylko jak ślad po owej chwili jednej, bieli się na wpół w śniegu, a na wpół opada w grząz lśniący, długi przedmiot: niemiecki cekaem.

Tylko dalej jeszcze znieruchomiało w tej ciszy wielkiej sześć ciał żołnierskich jak czyjś dziwny ślad.

I między tym martwym przedmiotem a tym, co przed godziną było ludźmi, rozsnuwa się powoli jakaś tajemna, ponadprzyrodzona więź. Coś odtąd łączy ze sobą, niewyrozumowanie a istotnie, to porzucone przez Niemców i to pozostawione przez Polaków. Krew polska i niemieckie żelazo leżą tak na wprost siebie, w owej obcej ciszy norweskiej, jak wieczna, po wsze czasy, nieprzyjaźń.

XVI

Samoloty wytrysnęły czarno znad tych gór białych w dalekości, jak krótkie, pierzaste strzały, puszczone z jednej cięciwy. Przeleciały ptakami czujnymi nad całym olbrzymim zboczem. Nie znały przeszkód. Wszystkie lasy, załomy, wzgórza przesadziły w jednym mgnieniu. Spłynęły, jakby zwalniając, nad roztocz narwickiego fiordu, którego rąbek, dostrzegalny stąd o tej porze dnia, barwi się najjaśniejszym z błękitów. I zawróciły znowu ku nim.

Wszystkie trzy drużyny plutonu pozapadały we wklęśliny ziemi.

Michałek rozkrawa nożem konserwę mięsną. Jest zmrożona i sucha. Wyciąga jakiś suchar chlebny i je, żując wytrwale i ważnie: rano, gdy zluzowano ich na tym wzgórzu i posłano naprzód, nie było czasu. Inni przypadli do ziemi jeszcze silniej. Plutonu jak nie ma. Widzą ich tamci czy nie widzą?

Ale tamci kołują teraz nad doliną przy Haakviku.

— Szukają nas, gdzieśmy byli — powiada któryś.

To prawda.