*
Szybki wyrzut ręką, niemal poziomy. I drugi raz, zaraz potem. I naraz, po sekundach, niedoliczonych w pośpiechu, huk rozpękających się złomów. Białe bryły zwalają się z lawiny na moczar, pył, wytrysk śnieżnobiałego pyłu bucha naraz i drży nad pozycją jak biała chorągiew kapitulacji.
Drży nieustannie jak srebrna mgła.
Przez tamto zbocze ośnieżone, którym ci dwaj prześlizgnęli się co dopiero, jednym rzutem przeskakuje teraz dziesięciu, dwudziestu, na wyprzódki. Który prędzej! Kto pierwszy! Niemcy mogliby ich kosić drużyna po drużynie. Ale Niemców już nie ma: uciekli przed wybuchem granatu.
Po gruzach rozbitego blokhauzu, po jakichś blachach, śladach obozowiska, wszystko pędzi dalej, przesadza śnieg, zbiega w dół, skokami na oślep. Byle gnać na karku samym Niemcom, nie dać im czasu na zatrzymanie się, na zajęcie pozycji.
Po chwili nie ma tu nikogo.
Z lewej i prawej strzały, pojedyncze, urywane, coraz dalsze.
Jakaś krótka seria broni maszynowej wyrwie się jeszcze, zaszczeka.
Jakieś echa odrzucą góry, rozpiętrzone białymi szczytami.
Aż powoli, niepostrzeżenie, wpełza tu wgłębieniami, jarami małymi, ukradkiem, chyłkiem — cisza. Słoneczna cisza górska — (słońce jest coraz wyżej, a niebo połyskliwie modre) — przejasna, wyiskrzona mrozem wielkich wyżyn. Paruje jakby z moczaru, w którym czernieją zapadliny świeże po butach żołnierskich, głębokie, wodą napływające. Rozpełza się z owego białego pyłu, na który eksplozja granatów zmełła zatwardły śnieg. Była tu przed wiekami i będzie po wiekach i wiekach w miliony takich samych rozsłonecznionych poranków. Chwila jedna zmąciła ją i spłoszyła jak ptaka, ale chwila ta już przeszła. Skończyła się. Nie wróci już.