Podejść nie jest łatwo. Najpierw trzeba będzie przebiec wypiętrzenie. Niewielkie, parumetrowe, ale białe od śniegu i odkryte zupełnie. Trzeba pod nie podpełznąć. Chudy, niewysoki chłopak podczołguje się pod nie istotnie. Aż gdy jest już na szczycie, nie wyskakuje na tamtą stronę całym ciałem, a tylko — przerzuca się i obsuwa po śniegu w dół. Cekaem nie zdołał się obniżyć, ale zdołał zagrzmieć. Już po tamtej stronie.

— Następny! Granatami ich!

— Granat! Granat! — rozhukowuje się w huku strzałów po linii.

Tamci dwaj pierwsi — następny już zabiegł z drugiej strony, przy tamtych, o, głogach — skokami grzęzną przez wilgotny od roztopów moczar197. Cekaem nie może ich brać na cel.

— Uwaga, granaty! — wołają do nich ostrzegawczo.

To niemiecki granat, o długiej szyjce, wyfrunął wysoko w powietrze prosto nad ich pozycją, by opaść, furkocząc, na moczar pod nią. Pod niebo w błysku i huku wylatują czarne płaty błota, plamiąc śnieg blokhauzu.

Nim przebrzmiało, jeszcze w dymie całym widać, jak pierwszy z tamtych dopadł pod białą ścianę. Jest o kilkanaście metrów od cekaemu, widzi jego lufę i jakby ją od dziecka pamiętał. Cekaem umilkł. Ustał. Jest znowu nieruchomym przedmiotem, niepodobną do lufy częścią skomplikowanej ogromnie maszyny, jaka nie wiedzieć skąd znalazła się naraz na tym pustkowiu północnym, na owych wysokościach, jak bolid, ciało obce, spadłe z innej planety. Jak część składowa jakiejś maszyny fabrycznej.

*

...Tylko tam w tyle, za podbiegającym, gdyby się obejrzeć, coś się czołga bezsilnie na czworakach.

...Tylko na tamtym śniegu ktoś wywalony twarzą do ziemi farbuje czerwono, obficie.