Po linii łamanej wedle drzew, wgłębin i krzaków rozpryskują się, krzyżując z kulami, urwane słowa komend:
— Kierunek!
— Celownik!
— Tamtych, o!
— Krótkie, krótkie!
Widać w śniegowym wyłomie, który jest jak blokhauz196 z olśniewająco białego betonu, jak drga i pluje ogniem, prawdziwym ogniem — (pociski pewno świetlne) — czarna lufa cekaemu. Tłumik płomieni rozdygotał się szałem.
— Ten cekaem! — leci ryk po linii.
— W cekaem!
Już są blisko, coraz bliżej. Cekaem jest tu chyba głównym elementem ognia. Prawdziwa pozycja z gęsto ubitego śniegu. Odstrzeliwuje się ze spokojną, zajadłą wprawą. Ludzie naprzeciw maszyny. Na rozłogach nieruchomieje w słońcu porannym kilka ludzkich plam.
— Granaty! Kto z granatem podejdzie?