Drużynowi, zastępca, najmłodszy strzelec wiedzą już wszystko od godzin. Pozycję znają od dni. Nic nie ma do dodania, nic do powtórzenia. Porucznik schyla się po pręt nierówny, sękaty, który w tej urękawiczonej ręce wygląda jak komiczny przybłęda.
— Za mną — rozśpiewuje się nosowo — ma-arsz!
To „ma-arsz” kończy już po tamtej stronie pozycji, na jej stoku. Nie widać go. W tej samej chwili grzechot karabinowy staje się jeszcze bliższy, jeszcze ostrzejszy. Z boku gniazda własnych karabinów maszynowych, cekaemów, poczynają, nim tyraliera dojdzie, zdwojenie grzać.
Jeden po drugim, w ślad za oficerem, znikają strzelcy po tamtej stronie okopu.
*
Od pół godziny leżą tak nie mogąc ruszyć się z miejsca. Na tej wysokości jest śnieg jeszcze, jak w pobliżu „fasolki”, o którą teraz właśnie największa idzie walka. Na tle śniegu wszystko widać wyraźnie. Gdyby nie te wgłębienia, nie byłoby nic.
Drzewa, litościwie rozsiadłe, wydają się jak stacje niekończącego się pochodu.
Każdy dół, w który weprzeć się można, w który ciało wdrąża się po hełm prawie, jest upragnieniem strzeleckim.
Aż naraz znowu:
— Naaprzód! Naa-przód!