Porucznik od niedawna ma oddział w ręku i nie zna go dobrze. Jest to młody oficer kawaleryjski. Może by co trzeba przemówić do nich, może powiedzieć jaki żart? Nie może. W dziwnej powadze tych smarkaczy, w twarzach, które mróz nocny jeszcze bardziej udziecinnia, czerwieniąc śmiesznie nosy od kataru nabrzękłe, trwa nieprzyjemne onieśmielenie.

— Jest woda? No, chwała Bogu...

Odstawia ją uważnie, w menażce194, na kamień. Z plecaka wyciąga ostatni biały ręcznik. Zakłada dalej uważnie na szyję. Ten i ów patrzy. Z kieszeni plecaka wydostaje teraz niewielkie stalowe lusterko i — składaną brzytwę.

— Golicie się pewno jakimiś żyletkami — powiada do tamtych jak gdyby nigdy nic. — Gdy się chce być naprawdę ogolonym, goli się brzytwą.

Pluton niemieje; zresztą, po większej części, nikt z nich nie goli się wcale. Uwaga się odwraca. Wszyscy patrzą, jak porucznik, niby nic, rozrabia mydło, jak rozsmarowuje starannie, po fryzjersku, pianę po brodzie i jak potem brzytwą w pewnej ręce jedzie równo i pewnie, zgarniając narosły od kilku dni włos.

— No, nie zaciąłem się — powiada — a co? Trzeba się wypięknić na tych Niemców.

Różowa cera skóry połyskuje teraz na mrozie. Chowa wszystko po kolei starannie. Jakby wszystko to działo się w domu dalekim i jakby jutro z całą pewnością miał powtórzyć to samo! Ale jeszcze szpera w kieszeni plecaka. Po chwili wydostaje białe zawiniątko, odwija papier. I naraz, na tym pustkowiu norweskim, w pełni roku 1940, jest tak jak w starych opowieściach zaprzeszłowiecznych. W brudzie pozycji, w niedbałości chwil przedostatnich, porucznik naciąga powolnym, leniwym prawie ruchem białe, świeże zupełnie, irchowe195 rękawiczki.

Aż pachnie tą irchą.

— No, jak tam — doszli?

Oczy plutonu wybałuszyły się tak ku tym manierom gwardyjsko-oficerskim, że tym razem znowu nikt nie odpowiada. Aż obserwator z góry woła do porucznika, że tak.