Z dołu od naszych odwodów wychodzą z lasu jakieś drużyny.
To batalion przechodzi do akcji na tamto załamane miejsce. W miejsce drużyny Andrzeja przychodzą trzy nowe, wypoczęte.
Na drzewie, koło koliby, zasiadł niespodziany gość: kos. I rozszalał się w tym pustkowiu ptasim niesamowitym, opętanym trelem. Wprost w jasne słońce dzienne.
Twarz zabitego chłopca zaczynają obsiadać łapczywie przybłąkane tu skądś, niezdrowe, zielonkawe muchy.
XV
— A wody tam który ma?
Prawie że trzeba powtarzać dwa razy, tak zapatrzeni są wszyscy. Widać o kilkaset metrów w prawo, jak pluton porucznika Ostroroga posuwa się pod ogniem. I wszyscy wiedzą: gdy dojdzie do tych szarych skał, tam niżej, ruszamy my.
Przed nimi górzysty rozłóg, nierówny, pocięty w falizny. I strzelcy wypatrują już teraz wgłębienia, dobre wnęki, w które będą zapadali.
— Woda! Woda jest!
Leje ją z manierki młody strzelec, jak wszyscy prawie w tym plutonie, cenzusowiec z Polski. Trzech brało udział w obronie Grodna192, jeden był nad Wereszczycą193. Dla reszty to będzie pierwsze natarcie. Nad plutonem, który zaczaił się w cieniu tej skały, zapadło nerwowe wyczekiwanie, powagą nasiąkłe jak poranek mrozem.