Rannego kładą na mchu przy kolibie. Gdzie drugi ranny? Uciekł podczas tej pukaniny, w dół, ścierwo.

Strzelcy opowiadają.

— Kompania miała taki szeroki front... Jednego od drugiego w tamtych krzakach nie było widać. Ogień cholerny... Z Narwiku, z ceakemów łupili...

— Jak to, przez morze?

— A przez morze; ono tam nieszerokie. Wszystko widać. Obeszli nas, jakeśmy tam lecieli z boku. I nastrzelali. Tam jeden oficer z łączności padł...

— A kompania?

— Kompania rozbita, gdzieś po tych lasach i dołach. Tam batalion było posłać, panie podchorąży...

Ranny zamiera powoli. Zasypia bez żadnego jęku. Twarz złożona na pelerynie Andrzeja nabiera naraz blasku. To słońce wschodzi zza gór, ponad drzewa niskie, czerwonym kręgiem świtania. W lesie ściszają się nawoływania ludzkie. Nikogo. Wysuwają się ostrożnie. Przy brzózce dogorywa Niemiec. Musiał dostać gdzieś w brzuch, a teraz przewalił się na ten brzuch i jakby zbierało go na wymioty. Z twarzą ku ziemi obala się i zakrztusza bezradnie.

Bliżej sągów olbrzymi podoficer niemiecki, o rudej, pofarbowanej krwią głowie, rozkrzyżował ręce w skurczu ostatnim na białej łysince śniegu, który nie zdołał jeszcze zejść. Ten miał pistolet automatyczny. Niemcy, cofając się, zabrali go trupowi; jest bezbronny.

„Po tej stronie wzgórza dwa trupy; po tamtej jeden — myśli Andrzej — wszyscy bez jednego jęku. Cichość tych śmierci czy ich szybkość bardziej tragicznie dziwna?”.