„Czy tylko nikt za tamtymi nie idzie?” — rozmyśla Andrzej.

Peryskop swymi okularami, sterczącymi ponad zbocze, zakreśla powolne koło. Nie. Nic. A raczej... Oto jeden, teraz drugi — wycofują się za owe sągi. Trzeba dać tam z granatnika.

— Gruda, ileż jeszcze jest tych granatów VB?...

— Panie podchorąży... Tam nasi...

To Michałek woła. Istotnie. W lesie, na skraju, pomiędzy drzewami, tam, gdzie przed pół godziną uciekało tych kilku, idą teraz z powrotem inni. Po krzakach, między drzewami; bezładnie.

Ale swoi.

*

Niemców już nie ma. Odeszli.

Poprzez trawy do stanowisk Andrzeja idzie kilku naszych. Jeden bez hełmu i bez karabinu. Wloką rannego. Jest to młody zupełnie chłopak, o ustach rozwartych nieprzytomnie; jak u ryby, która chwyta powietrze. Dostał w głowę i chyba kończy.

Po lesie, w tamtej stronie, idą jakieś nawoływania, krzyki.