— Baach!

Granat wyleciał z garłacza i rozpryskuje się gdzieś w owych chaszczach niewysokich, w których zapadli Niemcy.

— Baach!

Gorączkowo, pośpiesznie Gruda ładuje po raz trzeci. Nie, wcale nie gorączkowo. Właśnie, że spokojnie. „Ile jest jeszcze granatów VB?” — myśli Andrzej. Było osiem.

— Baach! — pada trzeci granat.

Chyba coraz bliżej. Aż dym kolejnych wybuchów osnuwa się między drzewami. Michałek zaniemówił zupełnie, tylko nasuwa ładownik.

— Michałek, tamten pod brzózką, w lewo! On ma pistolet.

Przez chwilę owa brzózka i jałowiec opryskiwają się zajadle. Pistolet automatyczny siecze kulami jak garłacz. Andrzej podsuwa się z peryskopem. Niemiec położył się i celuje uważniej. Nie bardzo wygląda, bo cekaem Steckiego posikuje ogniem bocznym.

— Granaty, zwykłe granaty!

W drużynie Socha rzuca granatami najlepiej ze wszystkich. Tamci są jeszcze poza zasięgiem, ale granat robi swoje wrażenie. I Socha podpełza na skraj zbocza, rozprostowuje się, rzuca. Huk. Dym. Czuć, jak ten huk podnosi „morał”191, jak jednak wrażenie skutecznej obrony, a nie samotności na tym skraju pozycji, powiększa się od razu. Strzelcy, poukładani na stoku, jeden po drugim otwierają ogień. Łoskot strzałów dudni w powietrzu. Swoje karabiny to tak jak własna artyleria: najwięcej huku.