To Stecki, Stecki. Zobaczył i on. Dlaczego tylko Andrzej nie widzi?

— Ta-ta-ta-ta-ta-ta — gra dalej.

„W którym kierunku? Najwyraźniej w tamto pole martwe za sągami, za te brzozy. Czyżby tam podchodzili? »Ils viendront là!« — brzmi w uszach jak zapamiętana zła wróżba. — Można by z granatnika tam puścić? Nie; nie zdradzać, nie zdradzać pozycji”.

— Idą, idą, panie podchorąży: słychać. Nie widać, ale słychać...

Ludzie leśni, ludzie znający wojnę, umieją wysupłać z najdalszych szelestów znak nieomylny ludzkiego stąpania. Gruda jest w tej chwili tak łowiecko zacięty, jak wtedy, kiedy mówił o podejrzeniach na Ziemiańskiego. Zasadził się: czyha. Jest zwierzęciem w dżungli, które usłyszało ostrożny chód innego zwierzęcia. Jest prawie zły, że tamten cekaem może mu je spłoszyć.

Naraz znad sągów leśnych wygląda... głowa ludzka. Widać hełm, sam kształt tylko, kopulasty, nisko opadły. To nie jest hełm ich, francuski. Niemiec. Pierwszy bliski Niemiec. Tak blisko. Jakiś gwizd głuchy. Patrzy się, patrzy; nie zobaczył. Zsunął się. I naraz przed sągi wybiega sześciu, dziewięciu Niemców. Biegną krótkim, ciężkim krokiem dalej w ten las obok. „Ils viendront là!” Są o sto metrów, dwieście, kiedy naraz rozdygotuje się po nich erkaem Michałka.

— Krótkie serie, Michałek. Krótkie serie!

Michałek w zdenerwowaniu puszcza długie. Źle. Kogo miał w pierwszym rzucie położyć, tego pokładł. Teraz już późno. Ci, co pozostali, przypadli do ziemi. O, widać tam but czarny jeden, a tu hełm. Już znikł. Tamten na lewo pełza pod drzewo.

Kule jedna po drugiej prześwistują tuż przy Michałku. Oto, co daje nierozważna, długa seria. Tamci pokryli się i bronią. Ogień zdradził stanowisko tak doskonale ukryte. Dobrze, że cekaem Steckiego zaczyna walić po tych drzewach, aż kora brzóz odlatuje w powietrze.

Gruda? Gdzie Gruda? Gruda odpełzł w tył. Klęczy właśnie, zasłonięty dobrze stokiem, i przyciska do stopy kolbę karabinu. Lufę kieruje w górę, wysoko, bo kąt jest ostry. Na końcu lufy czerni się gruby garłacz.