Michałek już zapadł z powrotem przy erkaemie.
— Na stanowiska!
Strzelcy wracają. Ranny zostaje sam w dole przy kolibie. Trzeba ich oderwać od tej krwi, przerażenia. „Ils viendront là!” Ostrzeżenie? Może...
— Michałek, Gruda, uważajcie.
— Pak-pak — pęka coś nad głową.
— Pak-pak-pak — znowu.
Nie ma świstu, tylko naraz zaczynają pękać jakieś nieznane kule. Ekrazytówki? Gałązka z tamtej brzozy obsuwa się w dół, ucięta. Skąd to strzelanie? Co za strzelanie? Cisza.
— Pak-pak-pak — dziwny, drażniący odgłos.
Znowu nic. Długo, męcząco długo nic. Z powrotem czuć ziąb ostatnich godzin nocy. Jakby jeszcze jaśniej. Aż naraz, tuż poniżej niego, Michałek podskakuje. Przypada. Co się stało? W tej samej chwili Gruda wysuwa karabin do strzału. Andrzej nie widzi nic. Nie śmie pytać. Wyszukuje czegoś w tym lesie, w którym po nocy myli się wszystko, w którym oczy zaczerwienione niewyspaniem nie mogą nic dojrzeć, rozeznać.
— Ta-ta-ta-ta-ta — pada naraz od prawego boku krótka seria z cekaemu.