— Bujda!
— Mnie mówili... — płacze żołnierz, któremu ściągają z trudem skrwawiony rękaw munduru.
— Mówili. Mówili tacy, co uciekali...
— Ja... ja nie wiem... Tam wszyscy uciekali. Nas z boku zaszli...
Ranny dygoce u stóp podchorążego jak w gorączce. Naraz podrywa się, żeby biec dalej.
— Niemcy — powtarza. I po francusku: — Ils viendront là!189
Andrzej zostawia go jak strzęp skrwawiony, który naraz naniósł na to wzgórze samotne, gdzie lęk sączący się z osamotnienia dawno był opadł, zakaźne, lotne miazmaty190 paniki. Sam je czuje już w sobie. Widzi, jak oczy ludzi stają się podobnie rozbiegane, jak tak samo tropią coś na wszystkie strony. Michałek odszedł od karabinu maszynowego. Stoi. Rozgląda się.
— Michałek!
Michałek zawraca niechętnie. Zrozumiałe, dlaczego. Oto jego stanowisko w jałowcach jest już na tamtym skłonie wzgórza — tym nachylonym do Niemców. Gdy przypadnie, nie jest widoczny, ale nie posiada ochrony. Strzelec go może nie zobaczyć, ale kula go trafi. I jeśli będzie stamtąd uciekał, to na przestrzeni pierwszych kilku metrów będzie doskonale widoczny...
— Michałek!