Ludzie porozkładali się w oczekiwaniu na rozkazy natarcia. Po prawej stronie, tam daleko w śniegach, posuwa się ono nagłymi rzutami naprzód lub zamiera na całe kwadranse nieruchomo, kiedy opór wczepia się w jakieś przeszkody. Po lewej, w lesie, nowo przybyłe kompanie batalionu klajstrują tamtą lukę nocną.

Ten i ów drzemie po prostu z twarzą wprost w słońce.

Andrzej odczuwa także trud dwóch nieprzespanych nocy, zmęczenie marszu i zmęczenie przed wszystkim dalszym. Opiera głowę na łokciu, policzkiem w mokrawy mech. Jak w twarz czyjąś bliską, twarz od łez mokrą. Jakieś przypomnienie niedalekie wiruje nad nim jak motyl barwny...

„Czy domu nie trafili? Czy był w nim kto?”.

I zapada z tą myślą razem w grząz szary, lepki, gęsty, grząz spracowany snu. Sen jest nierówny, gruzłowaty. Pływają w nim, jak kry w rzece na wiosnę, ułomki czegoś, co już było. Żółty dom i czyjaś drewniana trumna na płowym piachu haakvickiego cmentarza... Odnalazły się — „co za szczęście, a nie mówiłem, że się odnajdą?” — skradzione porucznikowi mapy, podklejone na niebieskim płótnie. Wisiały wraz z bielizną na sznurze przy domu; dlaczego nie widzieli ich przedtem? Przyniósł je sierżant Ziemiański — nie, Bodenheimer — jest w mundurze niemieckiego podoficera i ma rude włosy... „Dlaczego rude włosy? — zastanawia się męcząco we śnie. — Dlaczego Ziemiański ma rude włosy?”.

Ciecz snu robi się gęstsza i równiejsza. Wszystko rozprowadza się w niej powoli, rozgotowuje na płyn. Płyn kleisty i ciemny, jak dym po owych bombach w dolinie leśnej.

Połowa plutonu odsypia ostatnie załapane kwadranse w takim właśnie utrudzonym śnie.

*

Samoloty powróciły raz jeszcze i jednym rzędem obniżają się nad cały garb górski nad Ankenes, to olbrzymie, drgające ludźmi, jak punktami małymi, pole walki. Łoskot motorów wchłania w siebie strzały, wypryskujące krótkimi seriami broni maszynowej, gwizdem zbłąkanych kul.

Cały front idzie teraz naprzód.