Jedynie tam, gdzie jest owa leśna czapa, nasadzona na koniec garbu, gdzie wczorajszej nocy wykrwawiła się kompania Połubińskiego, zapadły naprzeciw siebie karabiny maszynowe tych i tamtych i wyszczekują się niemilknącym jazgotem.

Wszędzie indziej front ruszył. Idzie naprzód, wyżem samym garbu, w wielkim słońcu popołudnia.

— Panie kapitanie, plutony Lewickiego i Tracza są w Nyborgu!

Nyborg, Nyborg? Nikt w drużynach nie wie, gdzie jest Nyborg.

— Nyborg to jak Ankenes — wyjaśnia Banaś — nad fiordem. W dole samym. Nasi doszli do fiordu.

Słowo „fiord” wyjaśnia wszystko. Fiord jest metą, jest rajem, jest końcem. Dojść na całej linii do fiordu! Zepchnąć do fiordu Niemców!

Goniec urywkami opowiada.

Porucznik Lewicki dobił się tam jeszcze w nocy nad ranem, coś o drugiej. Zaraz po nim Tracz i Pogonowski. Trzy plutony naszej kompanii.

Pluton czwarty, który słucha, rozpaja się dumą oddziału.

— Dużoście ich natłukli?