Płużańskiego aż poderwało. Rozgląda się. Barka jest coraz dalej. Nie widzi skądby. Jest!
U owej pozycji wypiętrza się komin skalny jak w Strążyskiej201 w Tatrach. Komin skalny, skałka nadstrzępiona, porwana w głazy. Jedno spojrzenie uważne, szybkie, góralskie. Płużański poczyna się wdrapywać. Wczepia wielkimi łapami w każdy występ i podciąga ciało w górę. Buciory obślizgują się niezdarnie. Są pełne błota.
— Co pan robi, panie podchorąży?
Z pasją malarską, chłopską, bez słowa niepotrzebnego, Płużański, odpadłszy od ściany kamiennej, ściąga na trawie buty. Kule pękają nad skałką. Odwija z czerwonych stóp onuce. Teraz poczyna na nowo piąć się rękami wielkimi, uchwytami tych nóg czerwonych po ciemnej skałce. Jest!
— Erkaem!
Nie rozumieją w pierwszej chwili, osłupiali tym wszystkim. Aż podskakują z erkaemem.
— Prędzej, odpłyną — jęczy na górze Płużański. — Na pasie wciągajcie, na pasie!
Trzeba pasa, pasa. Jest pas! Koniec zarzuca się Płużańskiemu — uchwycił, koniec drugi — cztery pasy spięte tu w jeden — owiązuje erkaem przy samym zamku. Chwila i broń, kołysząc się w powietrzu, jedzie do góry.
— Tłumik poobijacie! — ryczy celowniczy.
— Odpłyną, gówniarzu, odpłyną! — wścieka się u góry Płużański.