— Mogą być miny. Uwaga!

Kompania, w nagłym odprężeniu nerwów, wybiega na stok. Wyrasta rzędem ludzi nad ostatni niezajęty dotąd szczyt. Ma pod samymi nogami Ankenes, ma nisko przed sobą Narwik...

— Pak-pak-pak-pak — rozstrzeliwa się ogień najzajadlejszy.

Pospadali w dół!

To z portu narwickiego niemieckie cekaemy zagrały na widok Podhalan na swe własne niedawno pozycje.

Powczołgiwali się w jarki. Kule pękają po wierzchołkach drzew. Co im z tego? Swoje zdobyli. Narwik niech biorą inni.

— O, patrzcie się, odpływają!

— Gdzie?

— O, tam, panie podchorąży, tam! Na te kutry siedli i wyrywają do Narwiku.

Płużański podsuwa się. Istotnie. Na morze wypływa wielka barka norweska, pełna żołnierzy feldgrau. Z dołu widać dokładnie jak na stole. Odpływa i świeci plamą jasną na ciemnozielonej toni.