— On mi nieraz składał meldunki na tego Grudę, a to że pyskuje, a to że bolszewik...
— Pyskować to każdy pyskuje. A bolszewik? Co to jest, panie kapitanie, bolszewik? Wiem, że na linii on był zawsze najlepszy, a to chyba coś jest. Ziemiańskiego, nie chcę mu uchybiać, zawsze ciągnęło do tyłu...
— Widział go pan po śmierci?
— Przecież ściągnęliśmy wszystkie zwłoki, tam, o...
Pięć sztywnych śmiercią kształtów rysuje się przy strumieniu, gdzie opatrywano rannych.
— Pójdźmy tam.
Andrzej idzie z niejasną refleksją: zupełnie tak, jakby mordercę prowadzono na miejsce zbrodni, do leżącego jeszcze trupa. Ale nie myśli wcale o nim, o Ziemiańskim. Myśli o tamtym — podobno tak postrzelanym — trupie Płużańskiego.
Zwłoki leżą przy sobie jak na rozkładzie łowieckim. Ziemiański pierwszy z kolei. Ma twarz niezmienioną zupełnie, bez śladów krwi czy śmierci. Tamtemu — jakże się on nazywał? — zniosło zupełnie górę czaszki. Ten strzał w plecy jest nawet niewidoczny.
— Więc na śledztwie — bo będzie śledztwo — zezna pan, że widział pan kaprala Grudę podczas natarcia na taras przed panem, podczas gdy sierżant Ziemiański był z tyłu? — pyta, solennie208 jakby, kapitan.
— Zeznam, panie kapitanie.