„Nie dziw, że teraz chwile snu łapie” — zamyśla się.
Z kolei coś go ciągnie do tamtych zwłok, które w niskiej trawie bielą się twarzą wapiennie białą. Ziemiański. Jeśli naprawdę nazywał się Bodenheimer i przybrał sobie to nazwisko, cóż to znaczy? A właśnie w Andrzeju budzi się jakiś protest, już poczynając od owego przybranego, sztucznego okropnie nazwiska. Ten, co je przybrał, chciał się nim wkupić nie w polskość, ale w pańskość, przez owo „ski”, przez całą tę „ziemiańskość”. Nęciło go to, co było właśnie wiekową antytezą tego wszystkiego, czego symbolem żywym był na tej łące Józef Gruda. Nie, nie żeby to był pan. Był to podpanek. Niech nie będzie szpiegiem niemieckim, jak chciał tamten; to wszystko jedno. Był to podpanek, podpanek. Tysiące takich ludzi o ekonomskich213 duszach wrosło ciągiem wieków w kark ludzki w Polsce, jak wrasta w nie świerzb, jak wgryza się giez koński. Osiadło. Polska się zmieniała, oni trwali. Minął okres białych w Polsce dworów, urosły fabryki obce, kraj feudalny zamienił się w kolonialny, w którym to wszystko, co warte: kopalnie, lasy, fabryki, należało do Francuzów, Belgów, Szwedów, Szwajcarów, Anglików, Niemców. Oni trwali. Na miejscu trzech państw obcych wyrosło państwo własne, z własnym starostą, policjantem, komornikiem i urzędnikiem. Oni temu państwu dostarczyli swoich ludzi z niezmienionym władczym stosunkiem, z pańskością panowania, z wyższością nadobywateli. Potrafili giąć się wobec swych zwierzchników, jak giął się karbowy przed jaśnie panem, i zacinać w hardości wobec ludzi wsi, jak zacinali się przed nim w hardości przez wiele pokoleń. Stanowili niezmienny typ psychiczny. Bywali na przemian służalscy i pańscy, wielcy i malutcy, umizgalscy i wielmożni. Żyli nie przeczuwając w żadnym pokoleniu, że to przez nich właśnie w tej Polsce wszystko mija, ale nic się nie zmienia. Bodenheimer, Ziemiański. Jeszcze po śmierci był właśnie taki, na poły wielki, na poły miękki. Jakaś chytrość zadufana w sobie, siebie ogromnie pewna, jakby zdziwiona tą śmiercią, co przecięła jakieś kalkulacje, położyła się na twarzy, w oczodołach podkrążonych sino, osadem pośmiertnym. I Andrzejowi poczęło się naraz rozjaśniać. To, w co wszedł swym kłamstwem wieczornym, to było coś więcej niż sprawa osobista dwóch podoficerów plutonu, nawet niż sprawa o szpiegostwo. Dwie potężniejsze nienawiści zazębiły się i dokonały porachunku. Wyładowała się tym wystrzałem nienawiść zbyt długowieczna i zapiekła, by ją można było osądzić normalnym trybem, i on, Andrzej, instynktownie stanął po jednej ze stron.
Jakieś dwa strzały odezwały się niedaleko. Wrócił do tamtych, którzy siedzieli dalej we wnęce skalnej tarasu, nad stanowiskiem cekaemów, na straży. Wrócił do ich rozmów, krążących wciąż wokoło wspomnienia, męczącego wspomnienia o Mietku Płużańskim.
XVIII
Albowiem owej nocy, w połowie drogi górami, na niemieckich wczoraj pozycjach, Mieczysław Płużański jest naprawdę ich rozmowom przytomny. Każdy unika wzmianki o nim, tak jak unika się dotknięcia miejsca, które boli, i każdy o nim coraz to napomknie, jak człowiek, którego coś boli, właśnie wciąż na to bolące natrafia. Jedne po drugich, jak opary z dolin po nocy, dźwigają się jakieś wspomnienia nic nieznaczące, polskie i te z przechodzenia granicy w październiku, gdy w kraju było już „po wszystkim”, i Budapeszt, i obóz nad Balatonem, i Bretania. Oto wzgórze La Touche214, gdzie w styczniu, lutym, marcu ćwiczyli najwięcej, oto łączka żywopłotami posiekana przy starych wiatrakach St. Gurval215, oto świetlica w baraku w Coëtquidan. Płużański w drelichach216, na drabinie maluje świeżym wapnem wielki napis przez ścianę z pieśni śpiewanej w marszu:
Marsz, marsz, Polonia,
Nasz dzielny narodzie.
Odpoczniemy po swej pracy
W ojczystej zagrodzie.217
Nic znowu takiego, słowa ot sobie, w miarę nadęte, trochę banalne, ale oto oni, wspominając, uświadamiają sobie, że ten, który te słowa malował na ścianie świetlicy, sam w ojczystej zagrodzie już nie odpocznie, a gdy się to pomyśli, tamta zwrotka pęcznieje w treść. Jak w górach podnosi się nowy opar, tak w coraz nowym wspomnieniu przybłąkuje się jakby duch, od ciała dopiero wyzwolony świeżo, może więc jeszcze nie taki daleki, duch towarzysza ich półrocznej drogi. Tak to się ongi wlokło, a tak teraz szybko dziwnie zeszło. Nie ma go. Był i nie ma. Nie ma i nie będzie więcej. Wszystko jeszcze będzie i być może, wszystko się jeszcze odmieni i przeinaczy, ale tamto się już dokonało. Nie ma. Wyrwa.