Wiadomość o stratach idzie szybko, szybciej niż każda inna. Padł Szeliski, padł Nowak, padł Trębaczkiewicz, padł ten mały Hubalt, padł Piukman. Podchorążówka coëtquidańska niejednym wykrwawiła się nazwiskiem. W dole, we mgłach od morza, Narwik bieleje wciąż, coraz bliższy, wciąż niemiecki. Może to zresztą ostatnie godziny. Ale czymże jest ten Narwik? Jednym fragmentem jednego z frontów. Drugorzędnego frontu. Co ten Narwik znaczy wobec Bodo, na południu Norwegii, co znaczy wobec Belgii i Holandii, które trzasły, Francji, w którą włamały się czołgi? Co z tymi towarzyszami, którzy poszli do 1. dywizji pod Sedan218, z tymi, którzy poszli do 2. w Wogezy? Co te dywizje, ostatni rekrut Rzeczypospolitej, znaczą w zmaganiach, gdzie dzień jeden korpusy całe zmiata bez śladu? Czy i oni bez śladu roztopią wysiłek pogrobowy państwa zgniecionego przez Wrzesień?
— Pójdziemy tak wszyscy — powiada Banaś — ale po nas kto przyjdzie?
*
— Najgorsze to to, że nic nie zmienimy i niceśmy nie zrobili — dodaje Stecki.
— Może...
— Nie, Andrzeju, próżno i darmo, powiedzmy sobie, że nic.
— To powiedz najpierw, coś ty, idąc tu, zmienić chciał?
— Tyle razy wam to mówiłem. Po co jeszcze? To samo, wciąż to samo? Czym była ta cała nasza armia we Francji wyrosła? Czymś zbudowanym z resztek tej w Polsce, której najlepsze siły poginęły w polu lub marnują się za drutami oflagów219 i w dalekich Starobielskach220 sowieckich. To, jeśli chodzi o jej wierzchy. Jeśli chodzi o jej dół, była to budowa z emigranckiego materiału, największej nędzy niegdyś, na obczyźnie dopiero odżyłej jako tako. Dwa odrębne polskie światy, które los w zabawce dziwnej wprzągł naraz do jednego wozu, którym kazał jedną pracę odrabiać. Czym byliśmy w tej armii? Otóż myśmy, że się tak wyrażę, stanowili w niej element całkiem inny. Zupełnie osobny. Przeszłością należeliśmy do tej samej warstwy społecznej, co oficerowie. Teraźniejszością my, a cenzusowcy przede wszystkim, staliśmy w masie żołnierzy. Nikt nas nie powołał dekretem prefekta, zarządzeniem mera i obwieszczeniem konsulatu. Przyszliśmy sami. Nikt nam nie mógł jednak powiedzieć, choćby zupełnie niesłusznie, żeśmy przyszli dlatego, że w Polsce czekał nas tylko obóz jeńców albo zesłanie do Turkiestanu221, a we Francji — płace i rangi. Były posterunkowy z Polski ma większy żołd od ciebie. To nasze szczęście. Jak oficerowie należeliśmy do tej Polski dawniej, która runęła, ale jak ci żołnierze z Francji chcieliśmy tworzyć naprawdę Polskę inną. Byliśmy karni, bo tego od nas wymagano, ale każdą porą skóry parowała z nas żołnierska nienawiść do drylu. Mój drogi, jest na tej emigracji dużo ludzi, których niczego nie nauczyły pioruny dziejowe Września. Ale my nie należymy do nich.
— Jakiś, słowem, nowy program?
— Nie. Żaden program. Żaden frazes. Mam ochotę walić po mordzie, gdy mi się znowu nagrywa stare płyty z frazesami wyborczo-wiecowymi o tym, że w tej przyszłej Polsce każdy będzie miał tyle, że na to, by te obietnice w połowie tylko spełnić, trzeba by najpierw złupić złoto Stanów, Anglii i Francji. Znowu „świat pracy”? Jeszcze ich mętna „sprawiedliwość społeczna”? Jeszcze dobra staruszka wszelkich demagogów, „reforma rolna”? Może jeszcze „ustrój socjalistyczny”? Ileż razy, mój drogi, jak zły liczman222, kręciła się w Polsce ta płyta wypożyczana sobie przez wszystkie kolejne rządy i przez wszystkie prawie stronnictwa? Powiedz to jeszcze żołnierzom. Poszukaj entuzjazmu!