— Więc co takiego?
— Odmiana, po prostu odmiana.
— Jaka znowu odmiana?
— Co musi przyjść przede wszystkim, co musi wszystko zacząć i poprzedzić, to prawdziwa odmiana w Polsce stosunku człowieka do człowieka. Zawsze chyba na świecie będzie ten, co rozkazuje, i ten, kto wykonywa. Będzie ten, co rządzi, i ten, co jest rządzony. W każdej armii są oficerowie i żołnierze, w każdym państwie jest władza i jest ten, co słucha. Ale chodzi o to przede wszystkim, żeby w owym stosunku nie przetrwała zachowana z dalekich czasów wyższość wyniosła, pańskość obojętna, władczość jakaś, sam nie wiem — jaka? Pańszczyźniana? Feudalna? Na pewno nad nie silniejsza! Gdzie indziej na świecie przełamywało ją chrześcijaństwo, ucząc, że ludzie są stworzeni na jednaki obraz i podobieństwo boże. Gdzie indziej pochód rewolucji francuskiej powiadał o równości i braterstwie wszystkich ludzi. Ale u nas: chrześcijaństwo rozlało się falą zbyt płytką, a demokracja świeciła pożyczonym blaskiem. Tamten stosunek władczy człowieka do człowieka przetrwał w Polsce brzuchatego szlachcica i kołnierzykowego inteligenta, z karbowego przeszedł na policjanta, z jaśnie pana na pana starostę. Mogłaby być Polska sowiecka i byłoby to samo. I widzisz, z tym stosunkiem, że ludzie są inni ode mnie, różni, mniejsi, z nim najsamprzód223 należy zrobić porządek.
Zamilkł na chwilę. Fiord daleko był tak jak wczorajszej nocy, cały w bladych, pajęczych mgłach.
*
— A wiesz — powiedział Andrzej — bardzo podobnie myślałem przed godziną...
Znowu uczyniło się milczenie, w którym znów stanął, jak zjawa milcząca, Płużański.
— Dobrze — powiedział Banaś — ale kto z nas to wszystko do Polski doniesie? Ilu naszych kosztował ten Narwik? Ile będzie kosztowało jakieś Bodo, Trondhjem224, Wogezy? Czy nie myślisz, że nastanie dzień, kiedy wykruszymy się po kolei? Zostanie kto? Te dwa światy sobie obce, pomiędzy które myśmy jedni wbili kliny pierwszych połączeń. Odpadniemy, jak klin odpada, znowu wszystko na te dwa światy dzieląc. Bo oni zostaną.
— A nawet jeśli nie wykruszymy się, cóż my znaczymy w tym wszystkim? Czy to my mamy jakąkolwiek rolę? Czy poza najsłabszym zasięgiem osobistym możemy tu co odmienić? Czy wszystko nie jest w ręku nie naszym i nigdy w naszym się nie znajdzie? Płużański, Szeliski, Nowak odeszli; my, którzyśmy jeszcze zostali, czy znaczymy co więcej niż wczoraj? Nie, Andrzeju. Czasami mi się zdaje, że jesteśmy tu właśnie elementem zbłąkanym niecelowo, który stara się łączyć, ale powiększa ferment, który chce naprawy, a przygotowuje — czy ja wiem? — rewolucję. Pamiętasz nas z Coëtquidan? Nie było broni, dali nam stare mundury, mieszkaliśmy w lodowatych barakach. Przybywali transportami ludzie wybiedzeni, wychudli od wędrówek karpackich, sponiewierani po jakichś obozach. Wiały mokre wiatry bretońskie, ale nawet w kałużach placu ćwiczeń odbijała się w niebo błękitna jakaś nadzieja. Bo to, co się rodziło, to miała być naprawdę nowa armia!