— Czemu dzisiaj myślisz inaczej niż my wszyscy? Masz zły dzień jaki? Czemu? Nowa armia to armia jak legiony, co szły w butach dziurawych, ale z zapałem niełatanym, jak armie rewolucji francuskiej, jak pijana swobodą armia sowiecka, ta z siedemnastego, nie z dwudziestego już roku, jak armia rewolucji hiszpańskiej, dwuletni stawiająca opór. Może niezupełnie doszkolona i nie zawsze maszerująca w krok; ale nie: właśnie doszkolona do nowych czasów, maszerująca w krok stulecia. Nowa armia, zalążek, zrąb najpierwszy nowej jak ona Polski, odmienionej, nim przyjdą jakieś programy, zoranej głęboko pod siew późniejszych już reform. Myśmy, z Coëtquidan, mogli być zaczynem drożdżowym owego nowego ciasta. Na nas, jak na fermencie kwaśnym, mógł uróść nowy bochen polskiego chleba. Urośnie? Urasta? Mogliśmy być komisarzami politycznymi tej armii. Niech cię czerwień tego słowa nie razi. Czyżbyś wolał praworządniejszą rolę feldfebla225?

— Nikt z nas, nawet gdyby chciał, nie zrobi feldfebli.

— Ze starszych, dojrzałych — może nie. Z młodszych? To się zobaczy! Ale oto, gdybyśmy byli feldfeblami, gdyby nam plecak nie pękał, już nie od marszałkowskich buław, ale po prostu od fasunku226 nowych myśli, o ileż bylibyśmy lepiej widziani, o ileż oceniani łaskawiej! Darmo, podchorążacki Don Kichocie! Tkwisz pomiędzy dwoma światami tej armii. W jeden z nich musisz zstąpić, wspólnoty z innym się wyrzec. Inaczej będziesz sam jak ten nasz biedny Mietek na tej skale, skąd go ściągnąć podobno nie mogli. Sam jak ci w Polsce nieliczni, którzy wahali się, wiecznie na rozdrożach pomiędzy wsią strajków rolnych a dożynkami reprezentacyjnymi w prezydenckiej Spale227...

— Gdzie tam twoja Spała w Norwegii? Zastanów się tylko! W Spale jest dziś kwatera pruskiego generała.

— Nie chodzi mi o Spałę, nie chodzi o to, co było. Chodzi o to, że, jak zły czar, złe zawsze w Polsce powraca. Zmienia szaty, zmienia nazwy, zmienia smutnych bohaterząt swego dramatu. Ale powraca. Ale to się nie zmienia. I oto naszym zadaniem, nawet ginąc, jest powiedzieć światu, że my właśnie giniemy po to, aby i to istotne, wciąż u nas w nowej zmartwychwstające postaci, nigdy nie zmartwychwstało więcej. Tylko kto to dosłyszy z owej pustki norweskiej? Kto nie wyinaczy? Och, widzę, jak jeszcze grób takiego Mietka umają swoimi frazesami i jego imieniem zasłaniać się będą! Kto w Polsce nie brał procentów ze śmierci na szubienicy Okrzei228, z żołnierskiej Lisa-Kuli229? Jesteśmy, będziemy wtedy, jak te martwe kamienie. Naprawdę kamienie. Jakże to jest — powinieneś to pamiętać przecie — w Słowackim: Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec...230?

— Kamienie na szaniec...

— Kamienie.

*

Daleki grzechot karabinów szedł zza Narwiku echem.

*