Jakby tylko dla wypełnienia tej pustki zasiadł grać. Banaś, znieruchomiały po tamtej stronie okna, zapatrzony w fiord, doznał nieznanego przedtem uczucia folgi273. Zastanowił się nawet, co tamten gra. Był w tym chyba na pewno Szopen, skargi wiatrów jesiennych żalące się na wierzbach mazowieckich, rytm żałobny pogrzebowego marsza, głęboki nurt nokturnu. Ale wplatał się w to miejscami i jakby gęśliczkowy274, staroświecki dźwięk kolęd, i jakby muśnięcia pieśni żołnierskich z tamtej, w pieśni bogatej, wojny, i dźwięczna beznadziejność hymnu polskich zmarnowanych bojów: Warszawianki275. Nie wiedział, czy Stecki łączy to w sposób świadomy czy też nieświadomie prawie od jednego do drugiego spływa, nie wiedział, czy w tym graniu przebłyskują echa cudze czy też po prostu szuka w tej muzyce po omacku i na chybił trafił i znaleźć w niczym nie może czegoś, co by mogło porwać, pochłonąć, rozpamiętać. Słuchał, jak to, co tamten grał, przez okno spływało w milczący Nyborg, nad fiord nieruchomy surowo, dawniej daleki, dziś osiągnięty i bliski, pod owo miasto wodami oblane jak gród tajemniczy. Ziemia obiecana, oglądana tylekroć z gór wysokich, ziemia obiecana, do której tylu nie weszło.

Było trzy na ósmą. Drużynowi sami zebrali drużyny, pluton stanął, wyszedł. Plutony sąsiednich kompanii wyległy również. Podczas nocy i poprzedniego dnia pościągano z gór zwłoki poległych, owiązano je kocami, złożono na noszach. Teraz wolno poczęto nieść je drogą nad fiordem. Z powrotem na Ankenes, na Haakvik.

Zmarli, noszeni na noszach, i żywi, schodzący z pozycji, postępowali tak drogą rozrytą od pocisków, wśród domów pustych martwo, popalonych od pożarów, porozsadzanych wybuchami.

Naraz, na zakręcie, wyszedł im naprzeciw drugi pochód.

To szły dwie kompanie batalionu, który dotąd nie brał udziału w żadnej akcji bojowej, a teraz miał zluzować tamtych. Żołnierze byli tu wypoczęci, najedzeni, rozleniwieni bezczynnością, weseli. Spotkali tamtych, wracających milcząco, z pochodem noszy grabarskim.

Bokiem drogi, po błocie, drepcząc, przemykał się obok owych wypoczętych barwny pochód ludności cywilnej. Jacyś mężczyźni w strojach narciarskich i w kolorowych swetrach, jakieś stare kobiety w białych chustach, dziewczyny hoże276, wysokie, idące szybko, dzieci gapiące się na wszystko. Stecki zrozumiał. To ludność norweska, wygnana przez Niemców, wracała teraz razem z tym pochodem Podhalan do swoich domów i obejść. Twarde było prawo tego powrotu; aby nastąpił, aby ci rybacy milczący, kobiety jasnookie i dzieci od ziemi odrosłe mogli powrócić do dawnego życia, musieli tamci, na noszach niesieni teraz, sami poza życie wyjść.

Droga była dosyć wąska w tym miejscu. Trzeba było stanąć. Zluzowani patrzyli na zluzowujących, ludność na żołnierzy, Polacy na Norwegów. I naraz, wszyscy popatrzyli na owych kilkadziesiąt noszy, okutanych w bure sukno, nieruchomych. Uśmiechy tamtych zamarły, twarze spoważniały. Ciekawość gdzieś znikła. Rozstąpiono się bez niczyjego rozkazu, bez wezwania. Milcząco przepływać poczęły, jedne po drugich, beznadziejnie powoli, owe nosze, na czele których szły jedne, okryte nie kocem, ale płaszczem podhalańskim, szerokim. Idący przy nich podchorąży Tadeusz Stecki rozpoznał naraz w tłumie szeroko otwarte i zdumiałe przerażeniem oczy jakiejś jasnej dziewczyny.

Była to Karin.

XX

Pogrzeb był wyznaczony wcześnie, toteż szli spiesznie po drodze haakvickiej pełnej wyboi, błota i kałuż. Nie rozpogodziło się wcale od zdobycia Narwiku. Deszcze nadciągały na przemian z zimnem, zimno z chmurami i mgłą. Zboczyli w lewo dróżką cmentarną, tą samą, którą kilka dni temu jeszcze, owej nocy pamiętnej, Andrzej wiózł na wieczny spoczynek zwłoki tamtego strzelca. Z daleka już zobaczyli — bo drzewa na cmentarzu były jeszcze młode i niskie i było ich niewiele — kompanię honorową, ustawioną na skraju cmentarza, tam właśnie, gdzie już pierwsze żołnierskie groby czekały na dalsze. Weszli, gdy nabożeństwo było dobrze rozpoczęte. Oglądano się na nich. Po lewej stronie stał szary tłum żołnierski. Po prawej, między świerkami, znalazło się niespodziewanie dużo Norwegów, starych, młodych, dzieci. Stecki odnalazł i rozpoznał Karin. Ona ich też dostrzegła. Tuż przed nią, jak ostrów osobny, wyrastała grupa kilkunastu postaci, wysokich, zmartwiałych w postawie, niemal jak posągi kamienne. Mimo całej skromności polowej, jej oficerska odrębność promieniowała w tym dniu szarym i słotnym jak blask zimny i ostry. Na czele, wysunięty o półtora kroku, stał generał, wysoki, piękny mężczyzna, noszący się z godnością niemal hetmańską. Podhalańska mundurowa peleryna na pewno nie leżała na jego barkach jak pokutna opończa277 krzyżowca, ale rozpinała się jak delia278 wielkopańska; beret bury, połyskujący jak klejnotem sutym srebrem generalskiego wężyka, przybierał prawie kształty kołpaka279. Generał stał z podniesioną wysoko głową, z pogodnym czołem zwycięzcy, czołem defilad, czołem parad. Z miejsca, z którego patrzyli, głowa ta rysowała się na tle białym i surowym drewnianych tarcic280, przerywanych w niewielkich odstępach przez miejsca ciemniejsze, jak białe klawisze fortepianu przerywa rząd czarnych. Było to kilkadziesiąt trumien. Osobno nieco stały dwie oficerskie, odznaczone zielenią wieńców. Reszta zamarła w dwuszeregu białym, znieruchomiałym, na wprost żołnierzy, Norwegów, oficerów, generała. Generał w pewnej chwili zszedł ze swego miejsca, pochylił się, wyciągnął nieco ręce jakby przed siebie. Widać było, że popatrzył raz i drugi na trumny, cofnął się o krok, znowu postąpił naprzód, znowu ustąpił nieco w prawo. W nieruchomości ogólnej każdy ruch generalski nie uszedłby uwagi, cóż dopiero tak zagadkowe. Przez chwilę ani Stecki, ani Banaś, ani żaden z ich towarzyszy nie mógł zorientować się, o co chodzi. Generał obrócony był do nich plecami. Ale po chwili odwrócił się jeszcze i z boku. Wtedy zaraz zrozumieli sens tylu zawiłych czynności. Oto generał miał przed sobą niewielki aparacik fotograficzny, istne cacko precyzji, prawdziwą satysfakcję każdego amatora tej przyjemnej sztuki. Niestety, w ponurości dnia było wielkie niebezpieczeństwo, że zdjęcia wyjdą niedoświetlone czy nie dosyć ostre. Stąd właśnie tyle uwagi i zachodu pochłaniało przed chwilą generałowi fotografowanie pogrzebu jego żołnierzy.