— Ja zawsze, panie poruczniku.
— O, doskonale — ucieszył się tamten — to już wszystko w porządku! Za godzinę — popatrzył na zegarek — zrobi pan zbiórkę plutonu do odmarszu. Może nawet lepiej o trzy na ósmą. Niech pan się zaraz nauczy pluton trzymać w garści; Czeczel, świeć mu tam Panie, był za miękki. Wiadomo, literat — dopowiadał, już schodząc ku drodze.
„Wiadomo, literat” — dopowiadał sobie w myśli, jak echem, Tadeusz Stecki.
Gruda i Banaś patrzyli przed siebie, na fiord, tymi samymi, kamiennymi, suchymi oczami. Tylko młodziutki Socha, dzieciuch z Francji o rumianych policzkach, powiedział naraz tonem skargi, nieśmiało:
— Pan podchorąży był ludzki, o, ludzki...
A potem, jakby się komuś zwierzał z dokonanego świeżo odkrycia, powiedział, i jeszcze ciszej niż tamto, z westchnieniem jeszcze głębszym:
— On był inny. Zupełnie inny...
„Co to znaczy taki »inny«?” — pomyśleli jednocześnie Stecki i Banaś, ale nie zapytali wcale. Banaś został przy zwłokach, tamci dwaj, Gruda i Socha, poszli przygotować jakieś lepsze nosze. Stecki wolno wszedł do domu.
Przedtem, gdy Banaś obmywał głowę Andrzeja, siedział tu w fotelu, w którym godzinę temu przeglądał album Goi, z głową w dłoniach, głową o skroniach ciepłych. Nie widział pokoju. Teraz zobaczył to wszystko przygotowane najstaranniej, trudem kilku odjętych snowi godzin. W pośrodku dwóch niedopitych herbat stała nietknięta filiżanka przygotowana przez nich dla Andrzeja. Jam, masło, wszystko. I właśnie owo uczucie zadomowienia, tak upragnione niedawno, wydało się naraz wstrętne i mierżące. Z kuchni dolatywał swąd spalenizny; to zupa gotowana przez Banasia wygotowała się cała na płytę. Na kominku niepodsycany ogień z wolna zamierał. Od okien otwartych szło zimno. Dom na nowo zapadał w opuszczenie. Ale teraz to wrażenie opuszczenia przestawało razić.
Otępiony, ugięty, miejsca dla siebie znaleźć nie mogąc, dostrzegł naraz w rogu pokoju — fortepian. Dziś rano powiedział sobie, że będzie grał, jak tylko Andrzej wróci. Fortepian był rozwarty. Stał i czekał, szczerząc białe zęby klawiszów. Stecki podszedł. Przez chwilę miał wrażenie, że zatrzaśnie go z mocą i wyjdzie stąd byle najdalej, na drogę, na fiord. Ale odruchowo przesunął ręką i ton jakiś odezwał się łkliwie. Więc powiódł palcami pewniej. Tony wybiegły, jak wyzwolone z wielkiego pudła, wypełniły pokój, przelały się przez to okno otwarte, ponad tego leżącego pod oknem, ociekły w świat milczący porankiem. Kiedy umilkły, zrobiło się jeszcze puściej.