„Ach, tak?” — pomyślał Banaś. I zrozumiał.

Oto dopełniły się wszystkie cele, dla których szturmowano Narwik. Nie będzie tunelami kolei szwedzkiej podjeżdżać tu niedaleka ruda kopalń w Kirunie271. Nie będzie stąd, przeładowywana przy pomocy nowoczesnych urządzeń portowych, spływać na statkach wodą terytorialną fiordów, aż na Bałtyk, aż do portów i odlewni niemieckich. Zamknięta jest, przegrodzona, owa droga żelazna, jaka wiodła dotąd przez Narwik. Nie będzie z owej stali kiruńskiej niemieckich armat, pancerników, łodzi podwodnych, czołgów. Koniec. Po to właśnie oni tu płynęli przez morza obce, po to krwawili się po tych górach, po to padł Szeliski i Mietek Płużański, i teraz tamten: Andrzej. Jak to on tamtej nocy jeszcze powiadał im dwóm? Jakże to był ten tam wiersz? Na śmierć idą po kolei? Kamienie przez Boga rzucane na szaniec? Ale Banaś nie miał pamięci do wierszy.

Huk wybuchów, huk wysadzanych w powietrze tuneli narwickich, niszczonych urządzeń portowych wyzwalał nad uśpionym Nyborgiem, nad tym trupem pod przyzbą272 domu uciszonym, jakieś łoskoty ogromne, odbijane od skał dalekich echem podobnym do grania organów w olbrzymim i pustym kościele. Salwa szła za salwą, jakby nad grobem bohaterów wystrzeliwana w salucie ostatnim. Szyby domku drżały. Stecki wyszedł z domu; miał oczy zapuchłe, czerwone za swymi szkłami krótkowidza. Żołnierze powybiegali także, postawali na drodze.

Od drogi, dopinając się — spał przecież — szedł śpiesznie porucznik. Widać dopiero teraz dowiedział się o wszystkim.

— Zajęliście się tym biedakiem? — pytał jeszcze na ścieżce. — To bardzo dobrze; ja jestem zupełnie wykończony. Jak się na kogoś wali, to się wali. Tracę w głupich dziesięć dni drugiego z kolei zastępcę. Nim mi innego przydzielą, nim ten nowy się choć trochę zapozna, będę miał tydzień harowania!

Stecki i Banaś nie powiedzieli nic.

— Tak, tak; na wojnie trzeba uważać, a nie wyrywać się naprzód. Ale mam pecha! Bo choćby z tym Ziemiańskim. Wyrękę miałem, bo to kwalifikowany podoficer, spuścić się na takiego było można. No i ginie, a potem jeszcze okazuje się, że było z nim coś niewyraźnie. A taki służbisty sierżant! Gdzie ja drugiego takiego dostanę? Pluton mi się rozpaskudzi...

Stecki i Banaś wymienili długie, twarde spojrzenia.

— A może by mi tak pana dali, z kaemów? — zwrócił się naraz porucznik. — Bo pan już był do nas przydzielony, zna trochę ludzi?

Stecki miał na ustach odpowiedź równie odmowną, jak na to pozwala regulamin wojskowy. Ale właśnie w tej chwili napotkał naraz spojrzenia Banasia, Grudy i Sochy. W spojrzeniach tych było porozumienie, które rozszyfrował i przyjął.