Na owo „ostrożnie”, wypowiedziane z troskliwością żołnierską, Banasiowi i Steckiemu zabiły serca nadzieją. Widok Grudy, stojącego bezradnie w drzwiach tamtego pokoju, przekreślony został naraz tym jednym słowem. „Ranny” — pomyśleli z ulgą prawie radosną. Skoczyli do noszy niesionych w pośrodku żołnierzy. Strzelcy rozstąpili się i pokazali nosze. Leżało na nich ciało zupełnie bezwładne, chwiejące się od poruszeń. Twarz, aż po czoło same, była zmasakrowana w krwawą masę, rozlewającą się niemal na gruby żołnierski koc. Spadały na nią, jedyne w tej głowie nietknięte, ciemne, miękkie kosmyki włosów o rudawych przebłyskach, jakie miały włosy Andrzeja.

*

— Przynieś te bazie chociaż, coś je rwał do pokoju — komenderował Banaś.

Cała energia, jaka utoczyła się ze Steckiego, czyniąc go naraz rozmiękłym i bezwolnym, wstąpiła właśnie w Banasia. Chłopak miał oczy błyszczące sucho, twarz ściągniętą jak od gorączki, nie mówił, ale krzątał się gorączkowo, pośpiesznie. Odegnał wszystkich. Odchodzili drogą na kwatery niechętnie, zgnębienie. Pozostał tylko Gruda i mały Socha. Wynieśli na dwór miednicę z wodą i uważnie, powoli, maczając jakieś szmaty w wodzie ciepłej, myli kolejno zabłocone buty Andrzeja, pokrwawiony i pobłocony mundur — rękaw — zwłaszcza lewy umazany był cały — ręce. Długie palce były już zesztywniałe w końcach. Potem przeszli do głowy. Gruda urywanymi słowami, przy każdej z kul, która wwierciła się w twarz Andrzeja, wgniatając oko, krusząc kość policzkową, rozłupując nos, wiódł opowieść o tym, jak z jakichś brzóz niespodzianych, kiedy nikt nie mógł nawet i pomyśleć, porwała się prosto na Andrzeja seria z pistoletu automatycznego.

— My potem pognali za nimi — tłumaczył się — lasek obszukali; tylko ślady były. Michałka poranili w ramię, nawet kości nie ruszyli. Cholera ma takie szczęście. A temu koniec, koniec taki.

Roman Banaś pochwycił to słowo ostatnie, jak wyjaśnienie wszystkiego. Koniec. Trzymał właśnie głowę towarzysza, złożoną na wielkich deskach sosnowych, i ciepłymi od wody szmatami zmywał zasychającą na policzkach krew. Powoli odsłaniał się cały dół twarzy, okryty zarostem parodniowym, pokrwawiony, ale nietknięty. Koniec. Koniec. Przywiódł sobie w pamięci stare coëtquidańskie czasy, gdy on, młody harcerz, uczył Andrzeja chwytów karabinu, musztry luźnej, wydawania komend. Myśl opływała wspomnienia rozmów długich, dowiadywania się, uczenia od tamtego, starszego o tyle, wielu spraw i rzeczy. Oto na rowerach, jeszcze z Frankiem Gałązką — gdzie jest teraz Franek Gałązka? — jadą do Bretanii kraj poznawać, zwiedzać zamki, opactwa, dzieje dalekiej Francji. Oto mówią o nędzy chłopskiej w Polsce i o Prusach Wschodnich, o Litwie i o przemyśle, o lotnictwie i o Wrześniu. O tysiącu spraw wielkich i ważnych, o których myśli się potem i marzy samotnie. O pytaniach, które są jak dynamit, o zamyśleniach, które zapadają w myśl młodą na zawsze. „Nie, nie dowiem się tego wszystkiego, tyle, tyle niedomówionych zostało! Nie; choćbym nie wiem jak zmywał, nie odmyję tych ran głębokich, w kość włupanych, przez które szary mózg wysącza się tłusto”.

Z domu Stecki wyniósł pelerynę podhalańską, obszerną, szeroką. Banaś, który się właśnie troskał ową głową tak strasznie podartą, dostrzegł w owej pelerynie kaptur, nigdy nie noszony, niepotrzebny. Wespół z Grudą i Steckim podnieśli ciało, podłożyli mu pod plecy okrycie, a potem, zawracając ją połami, okryli, jak postawem sukna, piersi, nogi, ręce. Głowa opadła na ostry trójkąt kaptura i wszystko było teraz jakby zwłoki jakieś zakonne czy mnisie, a może jednocześnie rycerskie. U stóp owego domku baby Jagi, w miasteczku przed świtem bezludnym, na deskach jasnych leżały jak dziwna, aż niesamowita prawie, pozostałość średniowiecza.

Huk, huk olbrzymi rozszedł się powietrzem. Na lewo, od portu narwickiego, wyrosła i znieruchomiała w powietrzu czarna chmura.

„Co to?”.

Huk drugi, taki sam, poszedł milczącym fiordem, gdzieś pod szare góry i podniósł się ponad nie, ponad Ankenes i Nyborg, i Haakvik, i Skole270, i Harstad. Nie opadał, bo kolejno, jak odmierzone uderzenia młotem, podnosiły się wybuchy następne i następne.