Milcząco nalali herbatę, postawili — nie w żadnym tam słoiku, ale w szklanym, płaskim pucharku — czerwony angielski jam269, masło (solone, niestety), fasowane herbatniki angielskie. Trzecia filiżanka pomiędzy nimi stała nienalana i nietknięta. Na jej widok doświadczali niemiłego uczucia, że w tym przyjęciu, tak doskonale obmyślonym, coś w ostatniej chwili zawiodło. W kuchni na płycie grzała się nowa woda i sagan chwiał się na ogniu ponownie, z szumem i huczeniem. Oczekiwanie nawisało w powietrzu milczeniem.
— Ty we Lwowie piłeś rano kawę czy herbatę? — zapytał nie wiedzieć czemu Stecki.
— Kawę. Wiesz, ja może wyjrzę na dwór, dowiem się czegoś. On już dawno powinien być.
— Jak chcesz. Ale czego się dowiesz? Przyjdzie, to wie, gdzie nas szukać. Potem ciebie znowu nie będzie.
Musieli nie słyszeć kroków, a siedząc nie widzieli przez okno, bo w chwili, gdy drzwi się otworzyły i wszedł Gruda, odwrócili się obaj. Gruda zawsze wchodził cicho, tak że go nie słyszano, wchodził cicho, jak cicho wchodził Ziemiański. „Czy to prawda, że on Ziemiańskiego?...” — pomyślał w przelocie Stecki. „Zawala tymi butami całą podłogę, którą sam wyfroterowałem” — zaniepokoił się Banaś.
— Siadajcie, panie kapralu, napijemy się. To podchorąży wrócił?
„Pewno poszedł z meldunkiem do kapitana, a Grudę nam przysłał naprzód” — pomyślał jednocześnie Stecki.
— Podchorążegośmy przynieśli — powiedział, jakby cicho, Gruda.
Stecki wtedy dopiero dojrzał, że kapral jest bez hełmu, że ten hełm zdjął, jak się przed kimś czy przed czymś zdejmuje czapkę, i że stoi z tym hełmem trzymanym w ręku nieporadnie, osowiały, bezradny. Banasiowi miało pozostać z owej chwili wspomnienie oczu kapralskich, które nie patrzyły hardo, ale biegły na boki, winowajczo, spłoszenie. Tak właśnie zakłopotanie i głupawo stał teraz gruby kapral w samych drzwiach i nawet się nie usunął, gdy wyskoczyli na dwór, przebiegli przez sień ciemną, wylecieli przez ganek niewielki. W tej samej właśnie chwili od drogi w dole szła rozkisłą ścieżką cała drużyna, wysłana wtedy na patrol, a jeszcze, jak to zawsze ciekawi, paru strzelców z plutonu.
— Nieście ostrożnie — powiadał któryś.