Roman Banaś robił sobie właśnie z tego najcięższe wyrzuty, że nie wypytał wtedy zaraz tych Niemców, którędy i jak Ziemiański przemycał się na drugą stronę. Musiał to robić nie raz i nie dwa razy, skoro tamci go poznali; swoją drogą, ze strzałem w plecy nie miał zmienionej twarzy. Ten strzał w plecy to także była cała historia; ale teraz, po tym z jeńcami... Banaś, opowiadając, krążył jeszcze wokoło sprawy, która w plutonie, a nawet w kompanii, mimo powszechnego zmęczenia, wywołała przecież niemałą sensację. Ale Stecki, który był z kaemów, nie bardzo sobie nawet przypominał tego Ziemiańskiego, nie bardzo miał go w oczach. Opowiadanie przepłynęło koło niego sennie, obojętnie, o ileż dalsze niż dociekanie historyczne lub tamten świat wiecznotrwały, sezam zamknięty dla profanów — muzyka. Pokój był zupełnie uprzątnięty. Powinien był stać się jeszcze zamieszkały. Pomagał już w tym ogień na kominku rozpalony przez Banasia, ogień, który wprawdzie długo chybotał anemicznym płomieniem, jakby dawno go tu nie było i teraz zadomowić się nie śmiał, aż wreszcie zaczął huczeć ku górze wesołym czerwonym wytryskiem. W wielkiej misie majolikowej255 potrzebne by były kwiaty. Stecki wyszedł po nie. W drugim dniu natarcia, w górach, widział gdzieniegdzie jakieś norweskie sasanki, ale tutaj nie było ich wcale. W lasku, w którego zielonym, młodziutkim gąszczu siedziały zaczajone czujki (patrole wysłane za Niemcami ciągle natrafiały na nieprzyjaciela), narwał gałęzi z baziami nierozkwitłych pąków jak bazie Palmowej Niedzieli. Zaniósł je mokre od deszczu. Podchodząc do domu pomyślał, że Andrzej może już wrócił. Ale nie, nikt nie przychodził przez ten czas. Powstawiał bazie do misy i pokazał Romanowi.

— A ja zrobię „święcone” — powiedział tamten.

Nakryli stół białym obrusem, wyciągniętym z sąsiedniego domu, poustawiali filiżanki, spodki, talerze, wszystko. Wyżywali się w tej drobiazgowości, w gospodarzeniu kobiecym, starannym, nie żołnierskim. W Banasiu była to może harcerska pasja do robienia wszystkiego, co się robi, w sposób możliwie dokładny. Stecki uświadamiał sobie, że jest w tym jeszcze i co innego. Trzeba przejść wojsko, owo stłoczenie mężczyzn, i przejść je na froncie, trzeba jeść z blaszanej menażki i pić z blaszanego kubka, jeść byle co, a zwłaszcza byle jak, żeby tak zatęsknić potem do białego obrusa i porcelany, odkryć urok czekających na stole talerzy, uświadomić sobie całą obrzydliwość chleba, masła czy cukru zawiniętego na stole w jakieś papierzyska, a docenić całą poezję kromek pokrajanych drobno, na równe, niegrube płaty. O, ileż drobnych, niedocenianych niegdyś, rzeczy nabiera smaku i powabu! Jakże kusząco wygodne są zwykłe prześcieradła i łóżko, w którym można położyć się rozebranym, wreszcie wyzwolonym zupełnie ze wszystkich przepoconych swetrów, owijaczy, onucy. W Nyborgu, w toku owych kilku kradzionych snowi godzin, mieli w owym gospodarzeniu w opuszczonym domu taki przedsmak. Gdyby tu byli ludzie, choćby najgościnniejsi Norwedzy, nie byłoby połowy tej radości. Trzeba by było prosić o każdą łyżeczkę, dziękować za serwetę. Siedzieliby kątem lub też rozpieraliby się w nie swoim. To tutaj nie było nie swoje. Zastali to w opuszczeniu i nieładzie, uporządkowali, oczyścili, do dawnego stanu doprowadzili. O świcie odejdą dalej i zostawią to wszystko. Stecki uśmiechnął się do myśli, z jakim zdumieniem radosnym prawowici mieszkańcy tego domu odnajdą go w tym stanie. Przyszli tu jak wybawiciele, zabawili się w porządkujących z pasją krasnoludków i odejdą jak duchy zabłąkane w jakieś dobre, ale nie swoje strony.

— Ja w tym domu znalazłem coś dla Andrzeja — powiedział Roman.

Był to wielki, w Lipsku256 wydany („ciągle te Niemcy” — myślał Stecki), album reprodukcji kolorowych Goi257. Ponieważ skończył swoje porządkowanie, więc zabrał się do niego. Jedne po drugich szły wstrząsające sceny malarza hiszpańskiego rozkładu. Więc była Maja desnuda i Maja vestida258, rozebrana i naga dziwka o spojrzeniu pewnym swej urody zwierzęcej, zimno odmierzającej wrażenie, jakiego robić nie może, ale musi. („Czy to prawda, że Goi pozowała tu księżna Alba259? Trzeba się będzie spytać Andrzeja, gdy wróci”). Potem był wielki zbiorowy portret rodziny królewskiej260 z głupią, pyszną, wyuzdaną i złą Marią Karoliną261, z ogłupiałym, bladookim safandułą262, Karolem IV263, z chytrym faworytem Godoyem264, z degenerackim infantem Ferdynandem265. Wreszcie była tonąca prawie w mroku, rozświetlona ostrym blaskiem latarń noc madryckich rozstrzeliwań po powstaniu majowym266, kiedy naprzeciw rozchełstanych piersi czarnego chłopa, kastylskiego campesino267, wpółobłąkanego zwierzęcym przerażeniem, wyrasta w cieniu rząd francuskich luf. „Wojna — rozmyślał Stecki w głębiach wielkiego fotela — jakżeż ta nowa wojna w sztuce przyszłości się zapisze?”. Może narodzą się wielkie malowidła ścienne na murach zewnętrznych domów, malowidła wysokie na piętra całe, jakie zna już nowoczesna sztuka meksykańska — murale? Mniej barwne niż Goya, bardziej Grottgerowskie268? I ilu ludzi w tej całej wojnie, w owym sprzężeniu w szeregi narodów, rozmyśla czasem tak jak ja o śladzie, jaki to wszystko zostawi w owym świecie od naszego trwalszym?

— Czemuż ten Andrzej nie wraca? — poruszył się.

— Potem trzeba będzie robić w popłochu.

— Ja bym już mógł dawać — odezwał się właśnie z kuchni Roman Banaś — może zaczniemy bez niego, jak nie przychodzi.

— To może zaczniemy?

— Pewno że zacznijmy. Zawsze tak już jest, że czekać na kogoś — to go nigdy nie ma, a siąść do stołu nie czekając — zaraz się znajdzie.