Zimno zachodziło coraz większe i właśnie w tym zimnie, w mleczności mgławej i uśpieniu obcość widoku, jaki rozłożył się od nich ku fiordom, stawała się jeszcze przeraźliwsza. Andrzej otrząsnął się także. Poczuł takie zmęczenie jak u schyłku nocy przebytej na czuwaniu u czyichś zwłok.
— Ja się jednak prześpię — powiedział — jakby co, zbudźcie zaraz.
XIX
Doświadczali uczucia wytchnienia, że jest już po wszystkim. Rozkwaterowali się, po raz pierwszy od trzech tygodni chyba, w domach, prawdziwych domach niespalonej części Nyborga. Nareszcie. Domy były puste, bo mieszkańców wyrzucili Niemcy, którzy po swym kwaterunku pozostawili je w najokropniejszym nieładzie. Na drodze walały się hełmy, pasy, płachty namiotowe, motocykl zdobyty przez Niemców na zwiadzie brygady, odebrany obecnie. Nad samym fiordem leżało paru niepogrzebanych Niemców. Za fiordem, o dwieście zaledwie metrów, była droga u stóp góry, w głąb kraju. Jeszcze wczoraj uciekały nią w pędzie ostatnie niemieckie samochody, już pod obstrzałem podhalańskich erkaemów z Nyborga. Dalej nieco w lewo, na przeciwległym brzegu, zaczynały się pierwsze domy Narwiku. Idąc na patrol, w kierunku niemieckiego odwrotu, Andrzej powiedział sobie, że miasto widziane z daleka było piękniejsze. Przy porcie dopalały się szczątki dwudniowego pożaru. U ujścia do portu, gdzie rozwalił się kadłub zatopionego niemieckiego transportowca240, jak zabity na mieliźnie wieloryb, stały dwa zwycięskie kontrtorpedowce241 brytyjskie. Batalion stał w Ankenes, rozrytym, poznaczonym plamami pożarów, bezludnym.
— O 8.00 wymarsz kompanii — zapowiedział na odprawie kapitan.
Drużyny pokładły się spać, jak stały, pomordowane tamtymi dwoma ostatnimi dniami, ową nocą w górach i dniem oczekiwań, patrolowania i pościgu za rozbitymi grupami Niemców. Stecki i Banaś mieli do 2.00 w nocy służbę. Położyć się potem spać? Stecki wynalazł dom niewielki, zupełnie osobny. Była to raczej willa, drewniana jak wszystkie, pociągnięta brunatną farbą; „czekoladowy domek baby Jagi” — nazwał to Banaś. W domku baby Jagi stał pewno jakiś oficer niemiecki, a może nawet nikt, bo było stosunkowo porządnie i czysto. Meble były nowoczesne, skromne, ładne; posadzka wywoskowana jak złoto. W pokoju, który zajmował prawie cały parter, wciskając sypialne pokoiki na poddasze, stał ponadto duży, nowoczesny fortepian. Stecki zadumał się melancholijnie: o ileż kultura muzyczna stała w tym biegunowym regionie wyżej niż w krajach mniej bliskich fokom i Laponom242. Popróbował. Klawisze wydały pełny, żadnym wojennym przejściem niezakłócony, ton. Otworzył okno. Ton wypłynął na świat za oknem, na drogę wśród domów się wijącą, ku fiordowi o sto kroków niecałe, w świat zastraszony wojną, jak ptak wyzwolony z klatki.
Klęcząc pozbierał nuty, poukładał. Był Szopen, Mozart i Bach i nie wiedział ani na chwilę, który z tych trzech był prawdziwym ukochańcem tych, co w tym domu niedawno mieszkali. Nie zgadł. W szafie prawie pustej sterczał stary czarny parasol, wisiało palto czarne, miejskiego kroju, niemodne. Emeryt jakiś? Profesor? Obsesja muzyczna wyrastała z każdego kąta. Wśród książek na półce zakurzonej (Stecki obtarł kurz) odnalazł życiorys Mozarta, vie romancée243 niewątpliwie, jakiś rodzaj encyklopedii muzycznej i niemiecką książkę o Wagnerze. Książka o Wagnerze była wyjęta; musieli ją Niemcy przeglądać. Nad fortepianem, pomiędzy dwoma oknami, wisiał sztych, przedstawiający głowę człowieka o chmurnie patrzących oczach, wielkim pomarszczonym myśleniem czole i włosach zmierzwionych nad tym czołem w rewolucyjnym iście bezładzie. Stecki poznał go od razu, bo taki sam sztych dostał kiedyś w Zakopanem, bodaj od Karola Szymanowskiego244. Był to Beethoven buntowniczy, w rewolucji francuskiej rozkochany, jeszcze niezawiedziony w Bonapartem, Beethoven III Symfonii245. Próbował zastanowić się chwilę, co za rodzaj uczucia mógł się wzbudzić w Niemcu, który, zakwaterowany w jego pokoju na Ordynackiej246 w Warszawie, odnalazł, jak on tutaj, taki sam portret mistrza. Próbował jeszcze raz dociec, czy ci Niemcy, co przed nim tu przeszli, patrzyli na tę głowę ponurego samotnika ze sztychu jak na coś obcego zupełnie, czy też, przeciwnie, uczcili w nim jednego z bogów muzycznej Walhalli247. Ale dał spokój zapytaniom, na które nie było odpowiedzi. „A jednak — rozumował porządkując niesprzątany pokój — moja sztuka przetrwa to wszystko lepiej niż budownictwo, malarstwo czy rzeźba. Można zakazać grać Szopena, ale Szopen pozostanie, można zakazać Paderewskiego248, Wieniawskiego249, Moniuszkę250, ale ich siła przetrwa nienaruszona, ich wydźwięk nie spłowieje jak barwa, nie skruszy się ich posągu dynamitem, jak wysadza się pomniki krakowskie. Jakie to dziwne, swoją drogą. Przecież my dla świata dalekiego nie jesteśmy krajem wielkich królów i wielkich hetmanów, karmazynów251 i wodzów wszelakich, nawet nie jesteśmy krajem wielkich poetów, ale tylko Szopena niegdyś, Paderewskiego teraz. Najprostsza kolęda ludowa jest starsza w Polsce niż cały Wawel: ona nawet Wawel najprawdopodobniej przetrwa. Może nawet jest starsza niż całe państwo polskie, może jest starsza niż naród cały, może jej wątki najpierwsze śpiewano już w owym Biskupinie252 nadwodnym, kiedy jeszcze chrzest i kościół nie nanizały na nią słów rzymskiej religii, jak na nić silną niże wiejska dziewczyna różowe koraliki”. Dotknął palcami klawiszy. „Może, gdybym mógł taki ton właśnie uchwycić i dźwiękiem na świat wydzwonić, przetrwałoby w nim i rozeszło się na kraje najdalsze i czasy najpóźniejsze echo naszych cierpień i mąk teraz serdecznych?”.
W owym domu, w którym odruchowo stał się naraz ewangeliczną Marią, Banasiowi przypadła rola Marty. Zamiótł miotłą przyniesioną z innego domu oba pokoje na dole. Wytarł pod oknem otwartym kałużę wody, jaka wlała się tu z wczorajszym deszczem. Zmył w kuchni talerze z jełczejącymi szczątkami jakichś zapomnianych w popłochu potraw. Przywracał ład, zadomowienie, wżycie. W kominku z polnego kamienia zapalił ogień, który długo wzniecić się nie chciał, bo drwa były mokre od leżenia na dworze w słocie wiosennej. W kuchni nastawił wielki sagan253 z wodą na herbatę; sagan huczał na ogniu, chwiał się od zagotowanej wody i wypełnił oba pokoje znanym szmerem podjętych na nowo codziennych domowych czynności. Zgodnie postanowili nie kłaść się, zaczekać na powrót Andrzeja z patrolu, a za to przygotować wielkie obżarstwo. W domu o kilkadziesiąt stąd kroków, dawnej poczcie nyborskiej, pozostał po Niemcach skład intendentury254 zaopatrzony bogato w konserwy, głównie pokradzione w Narwiku. Banaś zabrał się do kucharzenia na wielką skalę. Czuł wraz ze Steckim nieprzepartą ochotę odjedzenia się po monotonii ryżowych gulaszy i wygotowanej herbaty, jaką im posyłano na pozycje dwa razy dziennie. Powybierał z puszek niemieckich wielkie ilości przeróżnych jarzyn, warzyw, przyniósł konserwy rybne niezwykłej rozmaitości, rozważał z całym przekonaniem wszelkie możliwe kombinacje. Mimo protestów Steckiego pozostawił drzwi od salonu otwarte; nie miał nic przeciw zapachom kuchennym; zresztą otworzono i okna. Jeden grzebiąc w konserwach, a drugi w książkach i nutach — mogli w ten sposób, każdy ze swego pokoju, rozmawiać. Banaś musiał opowiedzieć Steckiemu raz jeszcze, jak to po owej nocy w górach przyprowadzono od Nyborga nad ranem dwunastu niemieckich jeńców, jak kazano im znieść na dół, do batalionu, zwłoki poległych i jak owi jeńcy, którzy przecież na tych pozycjach niedawno byli, rozpoznali w zabitym Ziemiańskim swego konfidenta.
— Pomyśl tylko, to była heca! Ja myślał, że porucznika jasny szlag trafi na miejscu! Ta on tego Ziemiańskiego, jak my stali na dole, a kapitan był na pozycji, zawsze z meldunkami posyłał. Bo najpewniejszy! Jeszcze przed samym natarciem. Choć zawsze był raban: że Ziemiański okropnie marudzi i wraca po godzinach. Pewno, jak on na niemiecką stronę chodził, to mu to czasu zabrało. Porucznik powiedział, że ten mu i mapy wszystkie pokradł: obszukali trupa. Ale Niemcy mówili, że już je pewno dawno ich lejtnantowi dał, i może być. Zupełnie może być. Tam jeden z tych Niemców był ze Śląska. Po polsku gadał. Sam, niepytany. I w ogóle, Niemcy strasznego pietra mieli, wszystko by sami gadali.
— Jakżeż on przechodził? — zainteresował się Stecki.