— Właśnie, jak te kamienie. Nie. Nie jesteśmy pierwszymi kamieniami polskimi, jakie na ten szaniec padają rzucane naprawdę przez Boga. Nieszczęsne kamienie! To kamieniami parobczaki polskie obalały gdzieś pod Krzeszowicami237 motocyklistów niemieckich, albowiem zwalając naszą obronę na opór bezdroży i błot polskich nie mieliśmy oręża przeciw czołgom! Biedne, polskie kamienie. Otóż naprawdę musimy być jak te kamienie polskiego poety rzucane na ów szaniec, musimy być jak te kamienie parobczaków krakowskich podejmowane z każdego polskiego pola, z lada gościńca238. Ci, co w kraju giną, spiskują, wydają potajemne pisma, przygotowują Dzień, to także takie kamienie, które Bóg polskich przeznaczeń na szaniec dziejowy ciska. Jeżeli kto w tej całej tu armii, to my jedni możemy i musimy mieć w sobie taką świadomość. Każdy z nas właśnie musi wziąć na siebie los Szeliskiego i Płużańskiego, chcieć być, gdy jego czas przyjdzie, kamieniem rzuconym na szaniec. I tylko te kamienie musimy wokół siebie mnożyć. To proste. To smutne. To wszystko.
— Nie — powiada Banaś — to nie jest smutne nawet. Tylko ten Narwik, Narwik... Takie tu wszystko okropnie obce...
Otrząsają się z nim razem. Z zimna? Z obcości?
— Narwik, Romku? Narwik, dziecko, ma swoje miejsce w tym przyszłym świecie narodów tak samo jak twój Lwów. Może kiedyś na Łyczakowskim cmentarzu239 będą norweskie groby żołnierskie, jak tu są polskie...
Banaś otrząsa się wciąż jeszcze.
— A jednak, jeśli gdzie mnie mają zakopać, to nie tu. Tak jakby zimno strasznie. Tak pusto. Tak obco.
— Oni nas także mieli za kraj daleki i naród obcy i dla nich nasze losy były obcymi losami. A teraz w Europie nie ma losów naszych i ich, tylko są losy nasze. Wszystkich te same. A my musimy być w Narwiku i w Wogezach, w Syrii nawet i w Palestynie, jak krzyżowcy, aby kiedyś oni wszyscy stanęli nam pomóc.
— Powiedz sam, czy chciałbyś tu jednak zostać?
— Co za pytanie, skąd?
— A widzisz. Tu tak inaczej.