— Więc mówisz — pytał Stecki — że nasz czas jeszcze nadejdzie? Ale nim się to stanie, co mamy robić? Mrzeć? Iść w śmierć z każdą walką w tym wojsku mniej liczni, naprawdę jak te kamienie przez Boga rzucane na szaniec?
— Jak te kamienie. Tak. Ale, zarazem, musimy się stawać w tej armii coraz liczniejsi.
— Jakże coraz liczniejsi? Przecież nie ma już znikąd dopływu?
— Dopływ musimy sobie znaleźć teraz w łonie tej właśnie armii. Jakże to było w Coëtquidan? W twojej kompanii, w mojej, w 11., w 4., w 7., wszędzie byli jednak wyrobieni już starsi i młodsi, których instynkt narodowy porwał bardziej niż jakieś przeświadczenie. Ci młodsi podciągali nas swoim młodym entuzjazmem. Myśmy im okrzepiali ten entuzjazm chłodem rozumowania, uporem dojrzałości, męskością doświadczenia. W tym wojsku masz taki nowy element — młodych cenzusowców z Polski, przed którymi zamknęła się wtedy podchorążówka. Potem masz młodych chłopców z Francji, masz innych z Polski. Co to wreszcie dziś znaczy: cenzusowiec, nie cenzusowiec! Głupie podziały! Chłopak rozgarnięty, myślący, ambitny — oto, z którym musisz pracować. Z tym trzeba gadać, zżyć się. Współmyśleć, do myślenia pobudzać. Jeśli nie ma w nim głodu, by stawać się czymś, to ten głód w nim obudzić, jeśli jest — podniecać, jeśli marnieje — cucić. Musisz przy sobie, za sobą, koło siebie czuć, że rośnie siła takich ludzi jak ty, jak my tutaj, jak ci, co przemyśleli Coëtquidan. Może nas nie być. Oni zostaną. Może nawet rozwiną się pełniej, pełny głód poczują, wszystkie sprawy uświadomią sobie wtedy, kiedy nas już nie będzie. My będziemy tylko posiewem, a nawet nie, tylko solą, jaka potrawie daje smak. Tylko drożdżami, które nie dają opaść chlebnemu ciastu.
— Ciągle ten chleb...
— Bo to jest takie najprostsze porównanie. Zmielone ziarno, które samo z siebie da pokarm niezdrowy i ciężki, a dopiero w połączeniu z zaczynem staje się głównym pożywieniem ludzkim. To ziarno samo przez się jest niczym. Nikogo nie nakarmi, sił nie doda. Dopiero złączone z tamtym staje się wartością. Z mąki i drożdży dopiero powstaje chleb. Ta wojna wymieszała mąkę powszechnych ofiar i drożdże, myśl samotnych bez niej ludzi. W ogniu bojowym piecze przyszły chleb.
*
— Kto z nas jeść go będzie?
— Z nas tu, może żaden. Może ani ty, ani ja, ani nikt. Nie będzie go jadł Wolski, nie będzie go jadł Płużański, który świadomie, wiedząc, o co i za co, wyboru dokonał. Ale możemy być albo jak natarcie, które zdobędzie to, co zdobyć miało, albo jak natarcie, które złamie się w pół drogi. Musimy więc iść naprawdę, jak jesteśmy. Na kogo kolej, komu pisane. Po kolei...
— Jak te kamienie na szaniec?