— Jeszcze 400 m! — oblicza Andrzej.

— 370, 350 — liczy znad erkaemu Kettler.

Obaj czują łomot w piersiach, walenie młotem serc i każdy wstydzi się za drugiego. „Jak to dobrze, że to ten mały przy mnie leży — myśli w przelocie Czeczel — przy cenzusowcu66 mniej mi wstyd”. „Jak to dobrze, że to podchorąży, a nie kto z kolegów; wyśmieliby mnie” — myśli Kettler.

Aż naraz cała góra, zalesiona i milcząca, wstrząsa się hukiem i ogniem. To już nie kępa brzeźniaków, to już nie z elipsy pod sosenką padają pojedyncze, odmierzone serie, rozdygotało się to z niewidzialnych dotąd stanowisk, zarytych chyba jak kretowiny na pastwisku; wszędzie. Ołówek Andrzeja zatrzymuje się bezradny nad nowym szkicem terenowym. Które punkty uchwycić pierwsze? Całą górę obwieść zamkniętą krzywą, elipsoidalnym rysem, który by wskazywał artylerii, gdzie ma wyładować zapasy swych pocisków?

Tam, w kotlince, rozsypane punkty wstrzymują się naraz w miejscu. Są czarne, dobrze widoczne na śniegu, który tam jeszcze leży przecież sowicie. Przez sekundę przebiega w myśli Andrzeja przypomnienie jego rozmowy z Wolskim, wczoraj, jeszcze nad tą samą kotlinką. I za chwilę podrywa się jeszcze kilkanaście punktów. Już tylko kilkanaście. Znowu kilkanaście. Ale huragan ognia, prawdziwy huragan ognia, siecze w to maszynowo, niestrudzenie, dokładnie.

— Panie poruczniku, strzelamy?

Porucznik waha się jakby przez jeden, jeden moment.

Wszyscy wiedzą, o co chodzi. Wie podchorąży i celowniczowie erkaemów, i ostatni, ostatni strzelec: jeśli oni tu ze swych pozycji otworzą ogień, na sosenkę, na brzeźniaki, na tę górę zionącą ogniem, to mogą zahamować jego morderczość, postrzelać obsługę, sprawić, aby pod obstrzałem strzelała mniej celnie, mniej pewnie; ale gdy otworzą ogień, zdradzą dokładnie wszystkie swoje stanowiska, okopane w cieniu nocy, strzeżone pilnie przed wykryciem. A wtedy zlikwidowanie tych stanowisk będzie dla tamtych sprawą dziesięciu minut...

Jest to krótki, ułamkowy moment, w którym oficer waży decyzję, a pluton na nią czeka. Wszyscy widzą już zresztą, że tamto natarcie jest za słabe liczebnie, zupełnie niewsparte ogniowo, że tamta milcząca niemiecka góra jest fortem najeżonym taką masą broni maszynowej, taką ilością karabinów maszynowych, pistoletów automatycznych, moździerzy, że musi odepchnąć te punkty biegnące po śniegu, rozścielić je na nim w porwanych strzępach. Trzy erkaemy plutonu nie zrobią tu nic.

A jednak, gdy porucznik podnosi głos ponad strzały: