Kettler, Kukurutz, Wiczewski obsunęli się w dół, ranni, wpółzgięci z bólu. W kotlince gasną już strzały. Kilkanaście ciemnych punktów wlecze się z powrotem w kierunku, skąd przyszło. W dole kotlinki, między krzakami, wśród plam śnieżnych, ktoś pełza, ktoś leży. Ktoś woła:

— Sanitariusz! Sanitariusz!

„Żeby już zamilkł, żeby zamilkł — myśli Andrzej. — Ten krzyk jest gorszy od wszystkich moździerzy świata”. Ale tamten nie milknie wcale. Tylko okrzyk podnosi się w jęk, rozwleka, rozsnuwa w samogłoski:

— Saanitariusz! Saaanitaariusz!

W kierunku kotlinki i stanowisk kompanii spełza wśród zetlałej pod śniegiem zeszłorocznej trawy kilku lżej rannych, jak zranione na polowaniu bekasy68.

Długie, długie milczenie. Nic się teraz na wzniesieniu nie rusza. Ziemia zryta pociskami moździerzy czernieje jak skiba spod pługa.

Spod sosenki pada ostry, obcy gwizd. Brzeźniaki odpowiadają drugim. Andrzej, Gruda, Pyliński podnoszą głowy. Z chaszczy, o kilkaset metrów, wykwitły wpółzgięte, posuwające się w skokach, postaci barwy feldgrau. Coraz dalej, coraz pewniej, coraz bliżej. Czemuż by nie? Wzniesienie, przemłócone ogniem moździerzy, milczy bezsilnie i bezbronnie: moździerze spełniły swą misję.

Postacie w feldgrau podchodzą ostrożnie, czając się, ale coraz pewniej. Widać dokładnie ciężkie kopuły hełmów bojowych. Połyska srebro kołnierzy. Czernieją zwieszone z ramienia, na pasach, pistolety automatyczne: wspaniała broń.

I naraz szczekot karabinu maszynowego odrywa się od milczącego, zrytego wzniesienia, sponad tych zmartwiałych w skurczu, sponad rannych. Seria, jedna, druga, trzecia, przebiega po stoku. I już, w mgnieniu oka, nie ma nikogo. Tamte krzaki zachybotały rozparte. Tam na skraju ktoś biegnie schylony. Tam jakiś kształt zielony pełza z powrotem. Tam ktoś przygwożdżony do ziemi wypręża się, martwieje.

Gruda zniża się, odciąga swój karabin maszynowy; odpełza o parę metrów. W sam czas. Z góry od „tarasu” zaczyna łupić świeży, wypoczęty zupełnie cekaem niemiecki; za późno o sekund dwadzieścia. Gruda i Andrzej, skryci w rozpadlinie, uśmiechają się do siebie złym żołnierskim uśmiechem.