Po czym wszystko milknie. Fortuna wygląda. Kasprzak się podnosi. Nie. Nikt nie zbliża się już ani od sosenki, ani od brzeźniaków, ani znikąd. Tylko pomiędzy wzniesieniem a tamtymi pozycjami Niemców pokładło się kilka zielonych, znieruchomiałych cieni feldgrau. Jakiś hełm ciężki odtoczył się w dół i czyjaś odsłonięta twarz bieleje czołem ku niebu.

Dzień już się zrobił zupełny. Blady, wystraszony dzień. Znowu nadpłynęła przyczajona, zdradziecka cisza. Tylko z głębi kotlinki zrywa się czasem i przypada jakiś jęk, jakiś skowyt.

— Saanitariusz! Saanitariusz! — woła tamten ranny na nowo.

I ten krzyk kołuje nad kotliną, nad płaskowyżem, nad sosenką i brzeźniakami, nawet nad tamtym tarasem, jak ptak nieszczęścia, niepokojąco, kruczo.

„Żeby on już zamilkł, żeby on już nareszcie zamilkł” — powtarza do siebie Andrzej.

Ale głos podrywa się znowu, wczepia w powietrze kurczowo, jak w zawalonej sztolni69 kopalnianej wpija się w kamień i ziemię szponami zagiętych palców ręka przywalonego górnika. Daremnie, zupełnie daremnie. Nikt nie zejdzie w kotlinkę śmierci, na biały śnieg, pod celowniki cekaemów. To tylko cały ostatek życia wyzwala się w tym krzyku, drży w nim, krwawi. I krwawić tak będzie nad białym śniegiem, w wielkiej martwocie górskiej, męcząco, uporczywie, beznadziejnie długo.

V

Dowódca 2. kompanii II. baonu. M. P. kota 405, dn. 17 V, godz. 7.00

Meldunek

Melduję, że o godz. 6.10 z pozycji naszej kompanii 3. wyszło natarcie w sile jednego plutonu.