— Trzeci, trzeci. Legia Cudzoziemska także zaczęła wczoraj. Chasseurs alpins83 poszli w góry.
Wiatr przynosi od gór nową serię strzałów. Potem znowu nową. Strzelcy rozważają je w sobie. Cztery dni temu, kiedy ich tu nie było, było tu cicho zupełnie. Cały ten front pod Narwikiem był martwy. Jak te góry. Jak to morze. Teraz na wszystkich odcinkach od granicy szwedzkiej do morza, od morza do granicy szwedzkiej poczyna ruszać się rzutami patroli, sczepiać ogniem, wgryzać się wypadami, opukiwać strzelaniem codziennym. Dwa dni temu to oni, 4. pluton, uwiesili się tak pomiędzy dwiema pozycjami, trwali i musieli odejść. Teraz inni, może szczęśliwiej, zaczynają. Oni czy inni; nie wszystkoż to jedno? Powoli, stopniowymi uderzeniami, wdrążają się w daleki odcinek olbrzymiego, olbrzymiego frontu, który nazywa się Narwik. Jak górnik, co po omacku, ręce smoląc i krwawiąc, wyłupuje węglowy chodnik. Są właśnie tylko jednym takim uderzeniem, jednym z miliona uderzeń, jakich potrzeba, aby stworzyć kopalnię, wygrać wojnę. Wsłuchują się w te strzały na górze, jak górnik wsłuchuje się w huk uderzeń, przerąbujących w tej samej kopalni inny równoległy chodnik. W tym brzeźniaczku na drodze pylnej do Haakviku pojęli naraz wielką mądrość wojny: sztukę współdziałania. Gdy posną pomordowani tamtym wszystkim, rozpełznie się ona po wszystkich zwojach mózgu, wypełni sobą wszystkie szczeliny podświadomości, wysączy się w całą odruchowość człowieczą. Żołnierz nie jest sam; jest częścią wielkiej całości; ta całość żyje życiem własnym, takim ponadżyciem, w którym żołnierz obcuje jakimś świętych obcowaniem kościoła katolickiego, gdzie każdy posiada swój współudział, uczestniczy, trwa. „Moje życie rozcieńcza się w życiu gromady; życie gromady wchłania moje życie”. Nim się tej filozofii prostej, a nie tak prostej, nie pojmie lub nie wyczuje, stoi się przed żołnierskim powołaniem jak przed furtą klasztorną lub przed brzegami Styksu84. Trzeba dopiero przejść próg tej ciszy. Trzeba dopiero wstąpić w chłód tych fal.
VII
Wielkie okno jest otwarte na przestrzał, rozwarte szeroko i powietrze napływa wielką strugą, orzeźwiające po tych chloroformach, karbolach85, odorach, jakie wczepiły się w kąty, przepajając sobą koce, sienniki, prześcieradła. Za kilka dni, gdy będzie mógł się podnosić, będzie widział przez to okno morze. Tak mówiła siostra Mary. Kilka dni, czy to cztery czy dziewięć? Siostra Mary mówiła wczoraj, gdy był doktor. Próbny ruch mięśnia przebiega przez udo i więdnie, jak w zatorze ulicznym, w bólu rany. Cichy, cichy jęk. Nie, nie trzeba drażnić, nie trzeba próbować.
Ranny Niemiec ze złamaną nogą poruszył się i odwrócił głowę. Kettler nie lubi tego spojrzenia. Niemca przyniesiono tu wczoraj, w bandażach. Ma tę nogę i jeszcze opalenizny skroni. Głowa jest opasana białymi pasami, tylko oczy patrzą ostro, odsłonięte białe wargi i jakby ściągnięty nos. Niemiec przeszedł na noszach w niemej obcości sali, tego Czecha z Legii Cudzoziemskiej, tych czarnych chasseurs alpins, tego Kanadyjczyka, który już chodzi o kulach, Kettlera. Nosze zatrzymały się przy Kettlerze, gdzie było puste łóżko. I od tej pory ma za towarzysza niemieckiego lotnika. Przez tamten dzień Niemiec patrzył w sufit i on w sufit. Dziś rano zajrzeli sobie po raz pierwszy w oczy, o dwa metry odległości. Kettler odwrócił głowę, Niemiec — nie. Teraz jest to samo. Szarpanie rany rozchodzi się powoli, wygładza ponownym znieruchomieniem, Kettler ma oczy utkwione w bladym niebie norweskim za oknem, ale czuje doskonale na swej twarzy ciężar cudzego spojrzenia, nieznośny, uporczywy, wytrwały. „Jakby mu pokazać, żeby dał spokój, żeby poszedł precz — męczy się Kettler — że nic z nim nie chcę, nic, nic? Niechby wiedział, że jestem Polakiem; może zrozumie”. I, mówi przez salę do tamtego Czecha głośno, po polsku. Czech nie bardzo rozumie i źle słyszy; nie wolno mówić głośno; siostry gniewają się o to. Kettler mówi głośno, po polsku. I to sprawia mu ulgę.
— Grenoble86 — słyszy z tamtego łóżka.
„Grenoble”; wyraźnie: „Grenoble”. Grenoble, Grenoble... Jakiś świat otworzył się naraz w szarym niebie ujętym w ramy okna. Domy stare, wybrzuszone zabawnie w uliczkach-staruszkach pnących się zdyszanie w górę; i arkady uniwersytetu; i plac przed Hôtel de Ville87, i winiarnie, i góry, góry, góry, zielone góry, winne góry, wesołe góry. Grenoble, Grenoble. Jakiś świat, pełen blasków, barw i śmiechu, dziewczyny strojne, niosące głowy prosto jak w tańcu, kamienie chodników powytłaczane, staroświeckie. Plącze się to niezdarnie, wiruje, wypływa jak woda bulgocząca na ogniu.
— Grenoble — mówi Niemiec głosem znajomym jakimś, ciepłym — Grenoble, Grenoble...
Kettler zwraca głowę, ale nim zwrócił, nim spojrzeli sobie w oczy, już zrozumiał i wie.
Nie, nie są nawet o dwa metry od siebie. Są tuż przy sobie. Przejście między łóżkami w tym przygodnym szpitalu jest takie wąskie. Twarz tamtego jest okolona bandażami, które zbiegają aż pod brodę, tworząc wokoło biały, obcisły skafander. Dlatego nie poznał go wczoraj. Twarze obu są blade, poznaczone zielonkawymi cieniami, powleczone woskiem bezkrwistości. Ale oczy są jednak te same.