— Rozumiecie już teraz, rozumiecie?
— Rozumiemy, panie podchorąży... Tylo, że tyla ludzi...
I naraz Andrzejowi czas cofa się w tył, o dwie noce i dwa dni. O godzin kilkadziesiąt. Jest mały Wolski. Leżą na występie skalnym koty 405, jest wielkie słońce, w dole Narwik objęty w roztocz fiordu. Wypatrują, skąd biją do nich raz po raz. Cóż wtedy mówił Wolski? Że to głupstwo. „Parę drobnych patroli w sile jeden do dwóch, jeden do trzech, tej nocy, następnej nocy”. Wtedy, kiedy o tym mówili, już szły na górę ze sztabu rozkazy. Na rozpoznanie — pluton.
Wiatr zawiał w tej chwili od góry, od wschodu, echem karabinów maszynowych. Jakby śniegiem zamarzłym rzucił w twarz. Odwrócili się wszyscy. Jak tu spokojnie! Jakie tamto dalekie! Strzelanina rozbębnia się po górach, zniża i ścisza, wybucha nagle, w odskokach posuwa się gdzieś dalej.
— To nie na naszych pozycjach — zauważa Michałek.
Oczywista, że nie na naszych pozycjach. Michałek chce się zrehabilitować, pokazać, że rozumie sprawy wojny.
— To będzie u porucznika Tracza...
— Nie, to już będzie gdzieś aż w trzecim batalionie...
„Tak, to będzie trzeci batalion” — powiada do siebie Andrzej.
— Trzeci? — zwraca się do Steckiego.