— Poruczik — ikke153. Ikke — lejtnant154.
— Ona nie chce, ona nie chce — zawył radością Ziemiański. — Ona mi darowała, pan podchorąży sam widzi.
— Stul pysk, skurwysynie — szczęknął Gruda.
— Nie? — spytał Andrzej.
Dziewczyna potrząsnęła głową spokojnie, zdecydowanie, godnie, ale uparcie. Była dziecinna w tej stanowczości powziętej naraz, w chwili, gdy ani nikt jej nie widział, ani na nią nie patrzał. Trzymała się jakby kurczowo. A jednocześnie w tej całej dziecinności była tajemnicza. Andrzej nie dowiedział się wtedy i nie miał się już dowiedzieć nigdy, co spowodowało tę nagłą interwencję. Czy odraza przed widmem czyjejś, z jej powodu, śmierci, czy widok tego ludzkiego skomlenia, czy pragnienie, by między nią a tymi ludźmi, którzy tu przyszli, nie został ów przypadkowy, obrzydliwy osad? To jedno było jasne, że nie chciała.
— Ja się jeszcze rozmówię co do was z porucznikiem, a teraz marsz stąd.
Gruda, niechętny, wyszedł za Ziemiańskim. Drzwi skrzypnęły za nim na dole. „Musiały skrzypnąć, gdy wchodziłem do domu; ten drab to posłyszał i kazał dziewczynie być cicho; dlatego w pierwszym momencie nie słyszałem niczego” — odtworzył sobie scenę Andrzej. Obiegł wzrokiem pokój. „Czemu mu otworzyła? — pomyślał. — A może miała po prostu drzwi otwarte? Przyzwyczajona była w tym kraju do ufności, teraz z wojskiem nie miała żadnych przykrości. Ktoś zwykle śpi na dole przy telefonie; czegóż miała się bać? Rosła dziewczyna, mogła mu się opierać”.
Krzesła powywracane, szuflada rozwarta, papiery na podłodze, wszystko to uderzało nieprzyjemnie. Począł to podnosić, ustawiać. Kląkł na ziemi i zaczął zbierać papiery, jakieś książki, stary kalendarz. Dziewczyna podniosła coś z ziemi. Była to duża stłuczona lalka. Pewno leżała tu gdzieś jako maskota panieńska, przypomnienie ostatnich zabaw półdziecinnych a półdziewczęcych, pierwsze, jeszcze dziecinne, ale już macierzyńskie, marzenia przyszłej kobiety. Scena sprzed chwili nie tylko zburzyła młodą ufność do ludzi, ale jeszcze stłukła martwy przedmiot, nasiąkły pieszczotami dziecinnego pokoju, najpierwszą w życiu miłością.
Uważnie, ostrożnie wziął lalkę. Nie broniła mu. Złożył na nowo połamane maleńkie ramię, zasłonił włosami szczerbę porcelanowej skroni. Karin oparła się łokciem o okno, skąd widać było w bladym świcie zieleń brzozowych gąszczy i szare góry za fiordem. Jasne włosy miała zburzone jak od snu i policzki od tego snu ciepłe, parujące jakby od łez roztartych przez drobne dziecinne piąstki. Kiedy oddawał jej lalkę, ruchem naturalnym, prostym ogromnie i instynktownym, wparła się naraz w jego pierś, o ramię, pod szyję. Wtuliła się tak, jakby szukała pomocy lub też po prostu chciała się naraz na złość ludzką wyżalić. Trwali tak chwilę zupełnie nieruchomo. Andrzej czuł na szorstkości khaki grubego munduru twarz rumiano-białą jak spieczony w słońcu owoc, świetlaną jasność włosów niesamowicie złotawych, wreszcie młode ciepło, ciepło kobiece, nieznane mu od długich, ciężko długich miesięcy.
Mimowolnie otoczył ją ramieniem. Poczuł krągłość słabą jej ramienia, twardą nabrzmiałość piersi.