Czy wiedział? Czy wyczuł? Miana dawne rodzinnych stron, nazwy miękkie, rzeki dzieciństwa trysły i rozsiały się naraz ciepłą falą przypomnień. Nie. Zaczep, na który natrafił, błądząc po omacku, sierżant Ziemiański, był silnym zaczepem. Odpór pękł wielką szczeliną.
— Byłem żołnierzem, panie podchorąży. Co kazali, robiłem. Jakim kazali, byłem. Poszedłem tu do wojska. Mam w kraju dzieci...
Głos mu się rozchlipiał, starczo prawie.
— Małe dzieci, panie podchorąży. Starszy już do szkoły powszechnej chodzi. W Piaskach Luterskich152. Pomyślą, że ojciec, bohater, w Norwegii padł. A tu ojca, jak dezertera, rozstrzelają sądem polowym...
— Gdzie tam was tak zaraz rozstrzelają, Ziemiański...
Ale Ziemiański rozszlochał się nowym spazmem, takim jak wtedy, gdy runął wprost na ziemię, tak bezdamym i bezradnym, że to wrażenie nagłego postarzenia jeszcze urosło, jeszcze wdrążyło się głębiej. I łkał tak, aż niewzruszony Gruda postanowił skończyć:
— Ja pójdę już, panie podchorąży, po porucznika...
I zbierał się do odejścia, ale wtedy wtrącił się tu ktoś trzeci. Karin, o której zapomniano zupełnie, podeszła naraz ku drzwiom i ona to Grudzie, gdy wychodził, zagrodziła drogę ręką. Szczupłe białe ramię, zupełnie obnażone z nocnej koszuli, wyciągnęło się między drzwi i żołnierza i zatrzymało. Gruda stanął. Ziemiański podniósł głowę, obrzydliwą głowę o zmierzwionych włosach, wybałuszonych lękiem gałach, czerwoną i mokrą od płaczu.
— Więc co?
Dziewczyna utkwiła w Andrzeju swe przejrzyste, zielonkawe oczy, które powracały do swej zwyczajnej jasności i z których wyparowało uprzednie przerażenie. Były teraz smutne i nawet wylękłe, ale jakimś nowym lękiem. I powiedziała pół po norwesku, pół po polsku: