— Panie podchorąży, panie podchorąży, a to pan przecież chce mojej śmierci. Panie podchorąży, to mnie rozstrzelają. Za to się u nas rozstrzeliwa w wojsku.
— A do porucznika się prosił — burknął Gruda.
Ale Ziemiański już nie mówił, nie prosił, nawet nie jęczał. Osunął się na ziemię, w szlochu, w spazmie płaczu tak nagłym, tak niesłychanym, że przygwoździł tym Andrzeja w miejscu. Był to lęk człowieka przed egzekucją, widmo karabinów podnoszących się ku oczom, czarność wylotu luf, miarowość podnoszenia broni, wizja plastyczna, bo powtarzana przez żołnierza przy tylokrotnych ćwiczeniach musztry. Pod nogami trojga ludzi leżał nie człowiek, ale zmięty strzęp, kłąb nerwów okrwawiony, wijący się skurczami, który zrzucono przez nieuwagę ze stołu operacyjnego na ziemię i w którym za chwilę przestaną już drgać resztki życia, a nawet resztki cierpienia. Było to coś wstrętnego, obrzydliwego, przejmującego bardziej odrazą niż litością. I naraz jęk zwierzęcy począł włamywać się znowu w mowę ludzką, przechodzić z powrotem w słowa, w całe zdania:
— Panie podchorąży, ja powiem całą prawdę! Jak Boga kocham. Jak dzieci kocham. Jak ten sztandar pułkowy kocham!
— Tylko bez sztandarów, Ziemiański.
— Panie podchorąży, ja wszystko powiem. Niech ta dziewczyna zaświadczy. Panie podchorąży, ona sama powie. I jej nie skrzywdziłem, panie podchorąży. Ja nie miałem czasu.
— Ach, tak, bo czasu nie miałeś?
— Panie podchorąży. Człowiek tak żyje na froncie, dziś tu, jutro tam. Panie podchorąży, nie ma wojny, żeby bez kobit. A Niemcy to nie gwałcą? Panie podchorąży, człowiekowi tak czasem ciężko, żyć samemu trudno. Tu w lesie... Panie podchorąży, ja wiem, pan podchorąży mnie nie lubi, bo ja jestem twardy dla ludzi, ja dbam o porządek, ja jestem za dyscypliną. Ale co ja poradzę, panie podchorąży, tak mnie uczyli, tak mnie dwadzieścia lat uczyli...
Szloch jego i jęk wczepiały się w myśl Andrzeja, jak ręka taternika szuka po stromej ściance skalnej jakiegoś występu, uczepienia, zaczepu. Obsuwały się po odpornej gładziźnie wstrętu, aż znalazły. I teraz wczepiły się wszystkimi pazurami, jak wiszący nad przepaścią.
— Panie podchorąży, ja jestem stary żołnierz polski. Dwadzieścia lat! Ja jeszcze Marszałka Piłsudskiego. Pana Marszałka Piłsudskiego! Ja byłem, panie podchorąży, pod Kijowem146. Ja byłem ranny pod Korosteniem147. W kawalerii pana generała Rómmla148. Na Ukrainie. Pod Szepietówką149. Pod Winnicą150. Nad Słuczą151!