— Stać! — huknął Gruda.

— Panie podchorąży, panie podchorąży, niech pan z łaski swojej pozwoli mi wyjść. Przecież ja sam chcę pójść do porucznika. Po co pan porucznik ma się tu po nocy trudzić...

Oczy, niewielkie, świdrowate oczki Ziemiańskiego coś najwidoczniej kryły. „Coś wymyślił przez czas, kiedy pytałem od dołu, coś tam sobie wykombinował”. W planie tego człowieka o skrytych oczach leżało, jako konieczność, wyjście stąd. Wyjście z tego pokoju było koniecznością obrony. „Może pozwolić mu wyjść — pomyślał Andrzej — cóż on takiego, idąc do porucznika, może zrobić? Uciec? Nie; chyba nie to. A może po prostu chce łgać nie mając przed oczami ani swego zwierzchnika, ani tego pokoju w nieładzie, ani tej dziewczyny z przerażeniem w oczach? Nie, nie; to samo już jest oskarżeniem największym”.

— Macie broń?

Ziemiański ulegle odpiął pas z rewolwerem, który był skądeś wycyganił i nosił. Andrzej zauważył, że pochwa od rewolweru była niezapięta. Ujrzał też, że oczy dziewczyny wpatrzyły się jak urzeczone w ten rewolwer. Czyżby przed chwilą ten człowiek istotnie z rewolwerem czaił się za drzwiami, wtedy, kiedy on łomotał? Dziewczyna mogłaby dać odpowiedź, cóż, kiedy nie ma tłumacza.

— Zostaniecie tutaj i ani się ruszycie. Kapral Gruda, macie rozkaz strzelać, jeśli Ziemiański spróbuje wyjść, ruszyć się, cośkolwiek robić. Zrozumiano?

— Tak jest.

Słowa i postawa Grudy nie pozostawiały żadnej wątpliwości. Andrzej już miał odejść, kiedy nagle stało się coś, czego nigdy nie byłby przewidział. Oto Ziemiański gruchnął naraz na ziemię jak długi, upadł na kolana i chwycił go za rękę. Na twarzy nie było ani hardości, ani podstępu, tylko zwierzęce przerażenie.

— Panie podchorąży, panie podchorąży, na litość, na litość boską!

— Co wam, Ziemiański?